poniedziałek, 6 września 2010

inkubator

Czekam na nią co roku jak dziecko na prezent w nadziei, że ten, który dostanę będzie niespodzianką. Nabieram się niezmiennie na własne fantazje : kupię ciepły sweter, opatulę się jego miękkością i usiądę w październikowym słońcu, żeby pisać, czytać, patrzeć.Sweter zwykle chowam pod kurtką, pisanie i czytanie najlepiej idzie mi w łóżku pod kołdrą a patrzeć na ludzi uciekających przed tym, co leci z nieba - żal.
A jednak.
A jednak jesienią zdarzają mi się cuda. Tylko ta pora roku wydaje się mi cudowną sceną, na której każda sztuka warta jest wystawienia. Jesienią myślę o tym, co przede mną, co mi się zdarzyć może i zawsze się zdarza. Jest w jesieni zasypianie, kojenie zmysłów, które drzemią na przebudzenie za kilka miesięcy, jest w niej inkubator uczuć, dojrzałość, spełnienie. Magia.
To jesienią dwukrotnie byłam w ciąży.
Choć minęło już tyle lat ciągle pamiętam zapach liści w parkowej alejce, mój zielony sweter kupiony za wypracowane w szwedzkich szpitalach dolary, grube rajstopy najmodniejsze w latach dziewięćdziesiątych, i płaskie, tanie buty które na ozłoconej liśćmi alejce wystukiwały radośnie rytm wyniku z laboratorium : graviditas. Jesienią rosło we mnie nowe życie, i choć wczesnym latem opuszczało mnie i szło własną drogą, nigdy nie zapomniałam zapachu liści, koloru światła i zimnego wiatru, który chłodził moje rozpalone szczęściem policzki jak czuły okład.
Będzie ciemno, zimno, deszczowo, ohydnie. Będzie.
Będzie depresyjnie, nieprzytulnie, nago, bez perspektyw. Będzie.
Przyjdzie długo czekać na słońce, jasność, ciepło, wieczory przy winie i bikini na plaży. Przyjdzie.
Dzień zacznie się o 8mej, żeby skończyć się o 15tej. Bez wątpienia.
A jednak czekam na nią. Na jesień.

sobota, 4 września 2010

Teresa

Przyjaźniłam się kiedyś z kobietą.
Była starszą ode mnie o jakieś 30 lat przyjaciółką mojej matki. Kiedy mama umierała, poprosiła ją o opiekę nad swoim mężem, moim ojcem. Ojciec kochał matkę kanonicznie i bez zastrzeżeń, od dnia w którym pierwszy raz zobaczył ją jako młodziutką studentkę na swoim wykładzie z chirurgii dziecięcej. Ten dzień zmienił jego życie i dał życie trzem innym istnieniom ( w tym piszącej te słowa), dość na tym, że ojciec czcił matkę na kolanach.
Przy śniadaniu, obiedzie,kolacji, na nartach, na wakacjach w Bułgarii, wczasach nad jeziorem, na sympozjum chirurgicznym w Budapeszcie, nad rozklekotaną maszyną na której pisała swój doktorat, na sali operacyjnej, na nocnym dyżurze. W komunistycznej szarości, przy podpisywaniu porozumień sierpniowych i jeden rok w wolnej Polsce wielbił powietrze którym oddychała i zamieniał w litanię słowa, które wypowiadała.
Mama umarła w 1990, a on pozostał - z pustym ołtarzem, przy którym od trzydziestu trzech lat co dzień wznosił do niej swoje wysłuchane modlitwy.
Teresa była piękną kobietą, o dojrzałej figurze, kształtnych piersiach i miodowo-złotych włosach, które nosiła upięte jak Bardotka w ciężki kok. Życie nie obeszło się z nią dobrze, bo życie parszywie obchodzi się z ludźmi dobrymi - na dobrych czeka zapłata w niebie.
Jej ślubny mąż, cale życie pływający pod obcymi banderami, zawijający do jej portu rzadko i niechętnie, odpłynął wreszcie z jej najbliższą przyjaciółką, pozostawiając Teresie biedę, dwójkę synów, wnuka i umierającą teściową. Czasy były siermiężne, socjalistyczna Polska trzymała się dobrze i Teresa codziennie wspinała się po schodach sopockiej kamienicy do komunalnego mieszkania w którym leżała chora matka tego, co miał Teresy nie opuścić aż do śmierci, a wytrzymał tylko kilka kontraktów. Poza małżeńskim. Teściowa nienawidziła synowej, co złotymi włosami jak syrena ukradła jej syna - marynarza i miała zwyczaj pukania nocą do drzwi ich sypialni, gdy ten wreszcie lądował w ciepłym porcie małżeństwa.
Była jednak Teresa dobrym człowiekiem i wspomnienie codziennych upokorzeń od starej kobiety, co kochała swojego małego marynarza było w niej słabsze od sakramentalnej przysięgi. Opiekowała się sparaliżowaną matką wiarołomnego męża do jej śmierci, nie czekając na prośbę o wybaczenie.
Pracowała tu i tam, gdzie się dało, gdzie płacili `filówki` - pół pensji dziś, pół na koniec miesiąca. szkolna wyprawka chłopców nie była tania, nawet kiedy obejmowała tylko nylonowe mundurki z białym kołnierzem i kilka zeszytów w linię. O studiach i bankructwach obu nie wspominając. Kontystka w biurze, magazynierka w SPOŁEM , sekretarka, asystentka, sprzątaczka, salowa - była Teresa cudownym człowiekiem, który nie pyta za ile, człowiekiem, których dziś już mało.
Zaopiekuj się Jurkiem, powiedziała Marta, umierając, i Teresa spełniła prośbę przyjaciółki. On przyjął tę przyjaźń najlepiej jak potrafił. Ten wyznawca jednej religii, dał się porwać Teresie w codzienność, oderwać od grobu i zaprowadzić na dansing dla seniorów w sopockim Grandzie. Razem chodzili na cmentarz podlewać więdnące w upale kwiaty, oglądali czarno - białe zdjęcia w pożółkłych albumach, razem wertowali nieczytane już dysertacje naukowe Marty, która była naukowcem i muzą Jurka. Wyjeżdżali nad otwarte morze, gdzie Jurek zawsze zabierał ciepłe drożdżówki z cukierni na rogu ulicy a Teresa kostium kąpielowy, ręczniki i kawę w plastikowym termosie, pamiętającym czasy Funduszu Wczasów Pracowniczych i mojego dzieciństwa.
Twój ojciec ma piękne ręce, mawiała do mnie, patrząc na niego zalotnie, a on pewnego dnia tymi pięknymi rękami chirurga wybadał w jej brzuchu dużego guza.
Nie skarżyła się. Rankiem wchodziła do łazienki i nie zapalała światła, zanim nie owinęła głowy kolorową chustą. Chemia zabrała wszystkie z jej złotych włosów, które przez kilkadziesiąt lat owijała wokół głowy jak Bardotka.
Pewnego dnia, wczesną wiosną zadzwoniła do mnie ze szpitala. Nie było mnie, tylko na stole została kartka napisana przez uczynnych kolegów z pracy : przyjedź, czekam, T.
Nie przyjechałam, ona nie czekała. Odeszła tej samej nocy, a ja do dziś myślę : dlaczego nie wiedziałam, że ten telefon jest ostatni ?

czwartek, 2 września 2010

Czułośc rzeczy ostatnich

Co by było gdybyśmy wiedzieli, że pewne zdarzenia są ostatnie ? Że już nigdy, nic więcej, ten jeden raz i koniec, nie ma mowy, finalna odliczanka ?
Przedwojenny szlagier rozsławiony przez Mieczysława Fogga "To ostatnia niedziela" był w tej kwestii trochę fałszywy, bo narrator wiedział, że spotkanie jest ostatnim, niedziela niepowtarzalna, miłość skończona. Była to piosenka przy której kobiety popełniały samobójstwo. Przed wojną, oczywiście, bo gdy ta nadeszła i minęła - nikt nie potrzebował juz literackiego wsparcia do wyżej wymienionych czynów. Wtedy do samobójstwa wystarczała tylko rzeczywistość. Urocze to skądinąd, bo czy nadal są utwory, które mają taką siłę rażenia ?
Co by jednak było, gdyby ta ostatnia była przewidywalna, gdybyśmy umieli powiedzieć sobie - ten ostatni raz niech będzie razem innym ?
Kiedy pewnej czerwcowej niedzieli moje poukładane życie zmieniło swój bieg i zaczęło pędzić w dół, bez hamulców i ograniczenia prędkości po górskiej drodze kolejnych lat - ostatni raz trzymałam w reku telefon. To nie był mój telefon, więc napisać powinnam Telefon. Ten telefon, oczywiście, bo przecież inne trzymam do dziś. W angielskim łatwiej : the phone. The. W polskim od razu wkraczają zaimki dzierżawcze : jego, jej, ich i przyznają rzeczom właścicieli, jak przyznaje się miejsca na podium.
A więc nie mój telefon trzymałam, i nie dla mnie przeznaczona była krótka wiadomość na małym ekraniku. Nie moja wiadomość zmieniła moje życie. Oczywiście ten telefon i wcześniej rozbłyskiwał nie moimi wiadomosciami, i nie mój głos rozbrzmiewał w słuchawce, ale to jednak moje życie zmieniło się za cudzym dotknięciem. Nie do poznania zresztą.
Lubię słowo ostatni bo jest w tym jakiś fatalizm, który nie zostawia nadziei.
Bez nadziei łatwiej żyć, przynajmniej oszczędza to rozczarowań.

[ To ostatnia niedziela
dzisiaj się rozstaniemy,
dzisiaj się rozejdziemy
na wieczny czas.
To ostatnia niedziela,
więc nie żałuj jej dla mnie,
spojrzyj czule dziś na mnie
ostatni raz.]

oh, yeah.

niedziela, 29 sierpnia 2010

Niezdarzenie

Kobieta, która siedzi przy stoliku na wprost wejścia jest zmęczona. Umówiła się na spotkanie, ale i ono jest meczące. Nad głowami siedzących snuje się muzyka, która składa się z ciszy.
Nad filiżanką herbaty kobieta wypowiada okrągłe zdania, które nic nie znaczą, do człowieka, którego twarz jest niewyraźna. Kobieta nie słucha jego słów, potakuje tylko patrząc przed siebie niewidzącymi oczami. Przy sąsiednim stoliku ktoś opowiada dowcip, ktoś śmieje się głośno, z baru spada łyżeczka, po deskach podłogi toczy się rzucona nieuważną ręką brudna dwuzłotówka.
Znad dymu, co unosi sie w powietrzu szarym całunem jesieni kobieta widzi w drzwiach twarz mężczyzny. Mężczyzna nie spodziewał się jej tutaj, dzisiaj, przy tym stoliku, w ciszy tej muzyki. Na ułamek sekundy jego twarz nieruchomieje, a potem rozjaśnia się uśmiechem. W tym uśmiechu krótkim jak drgnienie powiek jest tęsknota i spełnienie.
Są w nim spotkania, których nie było, na dworcach, na które nie przyjechał pociąg, a oni nie minęli się bez słów z walizkami, w których nic nie niosą. Jest w nim lato, które dogorywa nad pełnym kałuż chodnikiem, jesień, która nie zazłoci się drzewami. I zima , która śniegiem nie zakryje drzew, z których liście nie opadną. Nie ma w nim wiosny, co nie zakwitła kwiatami, bo wiosną nie było tej kobiety, ani stolika, ani baru, ani dwuzłotówki co toczy się po deskach podłogi jak brudny promień. Ani krótkiego jak drgnienie powiek uśmiechu.
Jutro ona wyjeżdża, i gdy on stanie znów w tych drzwiach nie zobaczy nikogo przy stoliku na wprost wejścia. Ona wsiądzie do pociągu, na półkę położy walizkę, w której nic nie niesie, i jej pociąg nie odjedzie z peronu, którego nie ma.
On o tym nie wie, więc mija ją szybko, bez słowa.
Uśmiecha się i odchodzi a kobieta odwraca głowę do swojego towarzysza, którego twarz jest niewyraźna, i którego słów nie rozumie.
Przyszła jesień.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Niebieskość


Codziennie rano budzik dzwoni o 6.10.
Godzinę później odbiera ode mnie karnet pani podobna do jeża. Ma krótkie, siwe włosy, ostrzyżone w jedyny słuszny dla jeża sposób, ciemne okragłe oczka, i nawet jej nos wydaje się błyszczeć na końcu. Jest drobna , ruchliwa, szczupła, w wieku co zmierza ku ponadśredniemu. Kiedy się odwraca, by sięgnąć po numerek dla mnie zawsze oczekuję, że na plecach będzie trzymała czerwone jabłko. Codziennie liczę, że podejrzę ją w tej króciutkiej chwili, zanim odprawi swoje czary i wielki owoc na kilka sekund stanie się widzialny.
Pani Jeż jest bardzo serdeczna.
Codziennie o 7.15 wita mnie wesołym : ` bilecik czy karnecik ? ` bierze karnecik, odwraca się, ( to jabłko na pewno tam jest ) i życzy mi dobrej zabawy.
Już po chwili skaczę w niebieskość podzieloną pasami czerwono-białych bojek , rozgarniam ramionami chłodną wodę, i obrót za obrotem przepływam nad dniem, co dopiero przede mną. Zanurzam twarz, ciasne okularki pozwalają widzieć cały kafelkowy błękit i niewyraźne sylwetki ludzi wokół. Pływających, jak ja.
Pod wodą jest cicho. Głęboko odczuwam tam swoją samotność : jest bezpieczna jak łono matki, której prawie nie pamiętam.Codziennie wraz z pierwszym oddechem zanurzam się w dzień, co dopiero się zdarzy. Jeszcze go nie ma, jeszcze się nie zaczął, telefony nie rozdzwoniły się złymi wiadomościami, słodko - gorzki smak porażki jeszcze mnie nie zranił, jeszcze nie wypiłam trzeciej kawy, szóstej wody, nie wypaliłam entego - przeklętego papierosa. Jeszcze nie. Jeszcze przez te kilkadziesiąt minut pozostanę dziewicą, żeby za kilkanaście godzin usnąć staruszką.
Ciało zanurzone w wodzie traci na wadze tyle, ile wyparło. Po 40 minutach wydaje mi się, że zwierciadło wody znaczy brzeg kafli kreskę wyżej. Czy znów tyle dziś ważyły wszystkie moje niewyśnione sny ?

/ zdjęcie : http://www.zs7.gdynia.pl/basen/

dziurka od klucza

To co piszę, jest tylko w takim stopniu osobiste w jakim takowe jest wszystko, co piszemy. Nie oznacza to, że to koniecznie prawda.
Nie oznacza to również, że to nieprawda, choć nie są to fakty, dokument dnia codziennego, szpalta plotek w wieczornym wydaniu, relacja świadka zdarzeń. Od faktów jest reportaż, czy szerzej - literatura non-fiction, jednak - nawet reporter nie jest dyktafonem.
Uważam za idealną sytuację kiedy czytelnik czuje zapach, pot, smród, łzy, gorycz, żal, miłość, zawód, rozczarowanie, wstyd. Kiedy jest sponiewierany wraz z bohaterem, dzięki piszącemu właśnie.
Gdy rozmawiam z moją córką o postach w blogu, ona zwykle pyta : `o kim to` ?
Zna odpowiedź : o nikim, o życiu, a jednak nieodmiennie pyta, jakby chciała złapać mnie kiedyś na niedyskrecji.
Pisanie jest jak oglądanie świata przez dziurkę do klucza. Zaglądasz, i nieważne jak kręciłbyś głową - zobaczysz tylko wycinek tego, co po drugiej stronie. Reszta pozostaje fikcją, której dajemy życie w słowach.

środa, 25 sierpnia 2010

Ewa

W poszukiwaniu tej kobiety poruszyłam ziemię.
Najpierw dostałam imię.
Imię podał mi ojciec jej koleżanki ze szkolnej ławki. Koleżanka leży w śpiączce od czterech lat, więc telefonu nie da. To jasne.
Znalazłam szkołę, w szkole sekretarkę, po niej dyrektorkę, od niej nauczycielkę. Nauczycielka jest na emeryturze ( minęło kilkanaście lat ) i w Lublinie. Dyrektorka nie pamięta, ale pójdzie do archiwum. Do archiwum wysyła asystentkę, która spieszy się na urlop i ma dużo liczenia ( przed urlopem ).
Archiwum przechowuje nazwisko.
Nazwisko jest panieńskie. De domo. Imię ( mam nadzieję )- niezmienione.
Odwiedziłam naszą - klasę , facebooka, twittera i golden-line. Nie ma śladu po panience o tym nazwisku, zwłaszcza że minęło już tyle lat, nauczycielka na emeryturze, koleżanka leży w śpiączce, a asystentka na urlop..
Panieńskie nazwisko widnieje w pożółkłej książce telefonicznej małego miasta powiatowego. Książka jest realna, nie wirtualna. Prawdopodobnie ( nie widziałam jej ) ma zszarzałe, cienkie jak pergamin kartki zapisane drobnym drukiem, którego nie potrafiłabym przeczytać bez okularów. Kartki pachną kurzem, tłuszczem z babki na niedzielę, kremem Nivea i wspomnieniami. Nazwiska w tej książce są jak klepsydry na płocie cmentarza komunalnego : kombinacją liter ledwie przypominają żyjącą osobę, która i tak nie odbierze. Numery telefoniczne są nadal sześciocyfrowe, więc trzeba dodać jeszcze jedną cyfrę w zależności od dzielnicy i prefix, obowiązujący od kilku lat w TPsa.
Mój przyjaciel jedzie do małego miasta powiatowego i odwiedza starych rodziców. Oni mają książkę telefoniczną i nadal z niej korzystają ( przed wybraniem numeru z książki dodają jedną cyfrę i prefix) bo ich znajomi bywają w domu w godzinach przedpołudniowych i odbierają telefon. Przyjaciel przepisuje dla mnie szesnaście sześciocyfrowych numerów zarejestrowanych w pożółkłej książce o cienkich kartkach na nazwisko, którego nie podał mi ojciec, którego córka leży w śpiączce od.. Numery dyktuje mi przez telefon ( komórkowy ). Zapisuję je w czarnym notesie.
Dzwonię.
Z szesnastu numerów pięć nie odpowiada, siedem jest abonentem czasowo nie dostępnym, a cztery nie zna kobiety o imieniu Ewa.
Stukam palcem po klawiaturze telefonu czekając na tych, którzy w końcu odbiorą.
Czekam na głos po drugiej stronie linii, który powie : `Ewa ? Tak, znam Ewę. ` Ja muszę z Ewą porozmawiać.
Podróż reportera jest podrożą w nieznane.

czekając na przejaśnienie


Czasem chce mi się płakać. A może robię to zbyt rzadko ?

piątek, 13 sierpnia 2010

Stolik

Ten mężczyzna o ciemnych oczach patrzył na nią codziennie.
To nie było codziennie, ale kiedy tego nie robił, dni mijały mu tak, jakby w ogóle się nie zdarzyły. Więc gdy czasem ona swoją obecnością wypełniała stolik i powietrze nad nim - on zawsze na nią patrzył.
Od rana czekał, aż się pojawi. Niecierpliwie zerkał znad codziennej gazety, znad filiżanki, popielniczki, szklanki. Czekał na moment, gdy w drzwiach kawiarni stanie drobna postać z laptopem i torbą.
Nie była zgrabna. Niewysoka, raczej szczupła. Miała duże piersi i wąskie ramiona, okrągłą pupę, mocne nogi, małe stopy na zwykle wysokich obcasach, ruchliwe dłonie o równo obciętych paznokciach, wystający podbródek. Nigdy nie widział jej oczu. Mijała go szybko, z opuszczoną głową, często nosiła ciemne okulary , co zasłaniały jej twarz i czyniły podobną do muchy. Gdy siedziała, wydawała mu się bardzo ładna.
Siadała przy stoliku w ogródku, tym w rogu, którego chybotliwy blat wylewał na spodek przyniesiona przez kelnerkę kawę. Nie słodziła. Mieszała gorący płyn z roztargnieniem, piana mleka spływała po brzegu filiżanki, po dziecięcemu oblizywała łyżeczkę i zaczynała czytać.
Była smutna. Nie, nie była smutna tym smutkiem kobiet, których czoła przecina głęboka zmarszczka samotności, ani tym ciężarem wspomnień, co garbi im ramiona jak brzemię. Nie potrafił powiedzieć, o co chodzi z tym smutkiem, ale gdyby ktoś zagadnął go o kobietę w rogu ogródka, odrzekłby : ta smutna ?
A przecież się uśmiechała. Uśmiechała się, zamawiała kawę, wyjmowała książkę, gazetę, laptopa, z uśmiechem zagadywała kelnerkę. Uśmiechała się ładnie, on to widział.
Wyraźnie to widział, bo czekał na jej uśmiech cały poranek, i jeszcze wczoraj, i w zeszłym tygodniu. I od początku lata. Jej drobna twarz marszczyła się wtedy w zabawnym grymasie, oczy okalała siateczka zmarszczek, a nos podnosił się jej do góry jak u kota.
A jednak była smutna. On jakoś to wiedział, czytał z nerwowego staccato szczupłych palców po klawiaturze, przeczuwał z ruchu dłoni co od niechcenia przewracała kartki, z zamyślenia.
Codziennie ( ale to nie było codziennie ) przynosiła do kawiarni paczkę papierosów i kładła na stoliku. Paliła rzadko. Tylko wtedy, gdy pisała. Wyjmowała papierosa z napoczętej paczki i prosiła kelnerkę o ogień. Nigdy nie miała zapalniczki, ani zapałek, jakby to pudełko fajek było tylko atrapą, fetyszem, niemym towarzystwem do porannej kawy.
On myślał czasem, że jej ten ogień poda. Wstawał wtedy, unosił się nad nią, pochmurny i spięty i nie pytał o nic. Żadne ` pani pozwoli, może ja ?`, żadne `może ognia ?`. Nie zaczynał tej rozmowy, banalnej, nudnej, nieważnej, nie odprawiał tych modłów przed ołtarzem stolika. Nie. Nic. Patrzył tylko jak kelnerka przynosi pudełko zapałek, a ona zaczyna pisać.
Wyjmowała czarny notes z gumką, otwierała na chybił trafił i gryzła koniec pisaka.
Pisząca wydawała mu się jeszcze bardziej oddalona od tego co wokół, od kawiarni, ulicy za oknem, samochodów za płotkiem. I od niego, który patrzył na nią codziennie ciemnymi oczami.
Widział, że pisząc staje się mniej smutna, jakby zapraszała do tego rozchwianego stolika swoje duchy, które na co dzień trzymała na krótkiej smyczy. Wylewała wtedy kawę, z roztargnieniem wycierała brunatny ślad na blacie zmiętą serwetką, zamyślała się na długie chwile, by zaraz wrócić do słów, które czekały ja na końcu czarnego cienkopisu. Pisała i przerywała, unosiła głowę i zastygała tak na kilka chwil, w skupieniu. Patrzyła daleko, nieobecna, nad głowami przechodniów, nad jego głową, nad dymem z papierosa co unosił się nad stolikiem jak szary cudzysłów.
Wreszcie jej dłoń biegła coraz szybciej, kawa krzepła w filiżance, popiół spadał na blat, a kartki notesu zapełniały się czarnymi znakami. Już nie przerywała, nie myślała, nie wahała się, nie zastygała, nie milkła.
A wtedy on życzył jej, żeby to zaczęte zdanie zawsze było w połowie. Żeby zabrakło jej początku , rozwinięcia, puenty, tempa. Żeby nie wymyśliła tytułu. Żeby zmieniła motyw, treść, formę, bohatera. Żeby jej się nie chciało, znudziło, obrzydło.
Chciał, żeby pisała, bo wtedy była mniej smutna, ale wiedział, że kiedy skończy, zamknie notes, poprawi spódnicę, uśmiechnie się, zapłaci i wyjdzie.
Minie go szybkim, pewnym krokiem, już wpół zdania do innego świata, już nie smutna wcale, nie wesoła także, ale odmieniona, lekka, gotowa. Dorosła.
Minie go i wyjdzie, nie patrząc, nie odwracając się, nie widząc, jakby całą swoją nieśmiałość zostawiła przy stoliku w ogródku. Tym w rogu, którego chybotliwy blat dopiero jutro rozleje jej pierwszą kawę.
A może jutro będzie za tydzień.

Gdynia, 13.08.2010

sierpień

Poranki są chłodne. Stopniowo, w stronę wieczora dzień się rozkręca, a z nim kreska upału wędruje po termometrze . Jednak poranki zwiastują już jesień. Żółte liście powoli zbierają się w kupki w załamaniach krawężników. Przed moim balkonem, na wyciągnięcie dłoni dojrzewają żołędzie.
Budzę się wcześnie i myślę o nowym dniu.
W studni podwórza już od szóstej dudnią głosy ochroniarzy. Starsi panowie, co dożywają swoich emerytur na spokojnej posadzie, giermkowie nielicznych mieszkańców, rycerze dostatnich fortec, strzeżonych osiedli jak moje, osiedli, jakich wiele. Nie muszę ruszać się się z łóżka, żeby słyszeć ich rozgadanych, rozplotkowanych, wesołych - wprost pod oknem mojej sypialni, trzy piętra niżej, na nowej ławce, wśród starannie wypielęgnowanych krzewów, przy równiutko przyciętym trawniku.
Dzień dobry, woła sprzątaczka o 6.46.. dzień dobry odkrzykują dziarsko. Idę na urlop, a pan ..? Takiej to dobrze, a gdzie ? w góry ? nieee, do rodziny na wieś, odpocząć trochę, z wnukami posiedzieć.. Jakie wnuki, pani - wnuki ?! co też pani ! A pan co, młodzieniaszek..!?
I rusza ten wesoły flirt, ta podwórkowo - ławkowa ballada, ta codzienna polka osiedlowego halabardnika z klatkową damą dworu. Budzę się wcześnie, słucham ich śmiechu, głaszczę zaspane koty i czekam, co przyniesie mi dzień.
Idzie jesień. Niepostrzeżenie zamienia upał dnia w chłodne poranki i wieczory. Suche liście brzóz zbierają się na stopniach schodów jak spłoszone kurczaki, słońce wstaje nad rozpalonym miastem, żeby dać nam jeszcze trochę siebie, zanim przez następne miesiące na krótko wyłoni się zza zimnej kreski horyzontu nad szarym morzem.
Jesienią myślę o śniegu, który płaszczem stłumi głosy pod moim oknem o poranku. Nikt już nie usiądzie na lodowej ławce, wśród zmrożonych krzewów, przy srebrzystym jeziorze trawnika.
Idzie jesień. Niedostrzegalnie, nieodwołalnie, na pewno.

czwartek, 12 sierpnia 2010

Pacta sunt servanda

"Asertywność to bezpośrednie, uczciwe i stanowcze wyrażanie wobec innej osoby swoich uczuć , postaw lub pragnień w sposób respektujący uczucia, postawy, opinie, prawa i pragnienia tej drugiej osoby. Zachowanie asertywne oznacza korzystanie z osobistych praw bez naruszenia praw innych osób. Od agresywnego różni się tym, że nie narusza praw innych osób. Od uległego - tym, że zakłada działanie zgodnie z własnym interesem oraz stanowcza obronę siebie i swoich praw bez nieuzasadnionego niepokoju".

Wraz z zaproszeniem na wrześniowe warsztaty asertywności, bonus wakacyjny od SzkołyR - przyszła powyższa definicja.



Coraz częściej zdarza mi się pracować przy braku poszanowania moich uczuć, postaw, opinii i umiejętności. Coraz częściej wypracowany z trudem rzekomy parytet, szacunek i zaufanie okazują się tylko poprawnie polityczną, zafałszowaną postawą tych, co deklarują równość w płacy , braterstwo w pracy i wolność w piątek po południu.

Czy gdybym nie miała macicy, piersi, jajników i peemesa traktowano by mnie inaczej ? Zapewne tak. Nic odkrywczego w waleniu głową o szklany sufit, nic nowego pod słońcem w udowadnianiu, że potrafię. Jestem baba. Wredna baba.

`Czy pan się nudzi ? , zapytałam w środku spotkania gościa, który siedział do mnie bokiem, w postawie lekceważenia i wszystkowiedzenia. Wznosił oczy do sufitu z jarzeniowa lampą, co dyndała mu nad głową jak stryczek u szubienicy :` jeszcze godzina, jeszcze dwie i mogę iść na piwo`, kręcił młynka palcami, wzdychał, stękał, sapał, kiwał nogą i miał mnie w dupie. Gość był moim zleceniodawcą. Dłuższą ręka korporacji X., która zatrudnia nas do zrobienia projektu Z. w miejscu Y.

J a się nudziłam. Nudził mnie temat, który obrabiamy od tygodni, udowadnianie , że znam się na swojej robocie,wiem, jak wygląda projekt a nawet zajmowałam się już podobnymi przez 17, kurwa, lat mojej pracy zawodowej. Nudził mnie ten typ - nieogolony, lekko tyjący, z podpuchniętymi oczami i pożółkłymi palcami palacza. Nudził mnie i wkurwiał, ale nie przyszłam tu na randkę, bo - gdyby do takowej w ogóle doszło - szybko bym ją skończyła.

Przyszłam załatwić temat, i zarobić uczciwie swoje pieniądze.

Nie przyszłam udowadniać że jestem lepsza. Po prostu byłam.

Jeśli pan się nudzi, proszę mi powiedzieć, zmienię agendę, poprowadzę to spotkanie inaczej, może pana zainteresuje.. ? Nie wytrzymałam i zrobiłam sobie wroga.

Tylko czy on, od podpisania umowy i pierwszych naszych ustaleń - już tym wrogiem nie był ? Może był, ale i na tym polu mam pewne sukcesy. Dziś jestem o krok dalej, o oczko wyżej, o cal ( za przeproszeniem ) głębiej. Dziś nie jestem tylko kobietą - kontrahentem. Dziś jestem dla niego mściwą suką, pyskatą jędzą, koszmarną babą.

Baba ze mnie. Z macicą, piersiami, jajnikami i (raz na 4 tygodnie) z peemesem.

Baba z olejem w głowie. Uparta, walcząca, nieustępliwa. Rozgarnięta, kreatywna, empatyczna, doświadczona, samodzielna, w lot łapiąca, pracowita.

Starzejąca się, tak jak jak on, co za ulga.

Inny przypadek. Zaproszone na konkurs szykujemy ofertę, opracowujemy koncept, prezentujemy swoje umiejętności, doświadczenie, pomysł. Ona - niezastąpiona K., i ja.

Te z macicą, jajnikami ... Te uparte, walczące, nieustępliwe, kreatywne. Wygrywamy konkurs i pracujemy . Pracujemy, wymyślamy, projektujemy, prezentujemy, wychodzimy ze skóry i po kilku miesiącach pracy już mamy na polu wzajemnego porozumienia pewne sukcesy - jutro idziemy do sądu.

"Pacta sunt servanda" - umów się dotrzymuje, niezależnie od peemesu.

Asertywność.





sobota, 7 sierpnia 2010

cd : ULEWA

ULEWA
Wieś była nieduża. Przysiółek właściwie. Kilka mizernych chałup przy rozchwianych płotach, pęki dzikiego bzu wzdłuż piaszczystej drogi, mała kapliczka z maryjną figurą, jeden krzyż.
Żółte światło samotnej lampy przy drodze wydobywało z ciemności sztuczne kwiaty za pękniętą szybka kapliczki, wypłowiałe niebieskie wstążki po majowych nabożeństwach i smutną twarz Maryi z gipsową łzą. Lampę postawił urząd gminy kilka lat temu. Zanim stanęła nic nie rozjaśniało spokoju, który każdej nocy spływał z ciemnością na głowy mieszkańców - ciemne, tłuste, nabite łupieżem, przytulone do poduszek, na których śnili swoje piwne sny.
Zaspane psy przy budach dały świadectwo czujności zachrypniętym skowytem kiedy wjechał w wąską drogę prowadzącą do domu. Gdy przyjechał tu pierwszy raz, przed laty, w poprzednim życiu, wydawało mu się, że to miejsce będzie jego ostatnim na ziemi. Takim, do którego uciekasz, kiedy nikt już na ciebie nie czeka i niczego nie chce. Miejscem, w którym nie ma jutra a wczoraj dawno się zdarzyło.
Ciężki upał ostatnich dni wisiał wciąż na drzewach. Duszny, dręczący, mimo późnej pory nieustępliwy jak warta halabardników która broni wejścia do lżejszego świata. Był zmęczony tym upałem, i drogą, która wciąż szumiała mu w uszach mlaskaniem kół po miękkim asfalcie. I był zmęczony sobą.
Powietrze pełne było duchów. Nie bał się ich, znał je wszystkie, z nimi siadywał tu na progu, przez wszystkie te minione lata, kiedy przyjeżdżał do domu uciekając przed żyjącymi. Dziś nie bał się już niczego, i nigdzie nie musiał uciekać, bo co mogą zrobić duchy i ludzie człowiekowi, który idzie przed siebie, nie pytając i nie prosząc o nic ?
Otworzył dom, kopnął kalosze zostawione na progu kiedy ostatni raz zamykał.
Kiedy to było ? Wyjeżdżał wtedy w pospiechu, była chyba wczesna wiosna. Na polach roztopy, wszędzie pełno błota, gdy zamykał obejście i sprawdzał wszystkie niepotrzebne kłódki na stodole i w drewutni, zimno wciskało się bokiem pod wypłowiałą kamizelkę jak nieproszony gość. Wyjeżdżał w pospiechu, bo myślał że tam czeka na niego kobieta... jak jej było ? Kobieta, której oczy były jak zimne jeziora, które wzburzyły się, kiedy odeszła. Miał z nią spędzić resztę swojego czasu, a nie zdążył nawet doczekać pierwszej miesiączki.
Pchnął drzwi i wypuścił drzemiące ćmy.
Powietrze w sionce pachniało stęchlizną, niewietrzoną pościelą i wspomnieniami.
Nie chciało mu się wchodzić. Usiadł na progu ćmiąc ostatniego papierosa z pomiętej paczki.
Kurwa, dlaczego nie kupiłem fajek, jutro rano pojadę do wsi... Jutro ? Jutro położę się na progu i przestanę marzyć.
A więc tak wygląda starość ? pomyślał. A może to tylko wiek średni ? Tak wygląda ten, którym straszą wysokonakładowe magazyny o kolorowych okładkach. Kiedy nie możesz już znieść wszystkich tych filmów po północy oglądanych w półśnie, nudnych jak prowincjonalne newsy, tych centrów handlowych pełnych długonogich dziewcząt o bujnych piersiach, dla których jesteś niewidzialny. Kiedy pochowałeś tych na których ci zależało, a pozostali nie mają już do ciebie telefonu. Wiek średni, wiek klęski, gdy cały swój czas dany ci na potrzymanie, na małą chwilę, co kiedyś wydawała ci się nieśmiertelnością przeznaczyłeś na niszczenie wszystkiego, co mogłeś pokochać.
Duchy w powietrzu poruszyły się cichutko. Czuł ich obecność, tak jak smród swojego przepoconego ciała, jak pasek który uwierał, jak zepsuty ząb, kiedy dotykał językiem znanego miejsca w oczekiwaniu na ból. Znał je wszystkie, po imieniu. Zwały się : Niewierność, Obojętność, Okrucieństwo, Zaniedbanie, Pycha, Smutek, Zapomnienie, Samotność.
Pierwsze krople spadły na niedopałek u jego stóp. Zdjął buty i rzucił je daleko, w trawę. Spadły z głuchym łoskotem, nad głową szurnął spłoszony ptak.
Kolejne krople obmyły mu stopy. Deszcz rozbębnił się na dobre na dachu domu, stodoły, drewutni. Spływał po niemytych od lat szybach, po dachówce, za którą zapłacił jeszcze z nią, po drewnianym płocie,, który stawiał z dorosłym już dziś synem, po sadzonych przez nią krzewach malin, co zamieniły się w chaszcze, po piaskownicy w której szczają już tylko wioskowe koty.. Małe potoczki łączyły się w strugi, tworzyły rozlewiska, ciurkały po zasuszonej od miesięcy trawie, błyskały w świetle lampy nad wejściem, i biegły dalej, aż zamknęła się za nimi ciemność.
Zdjął spodnie, przepoconą koszulę, bokserki i nagi położył się przy studni . Woda myła mu twarz - ciemną, pustą i ostrą. Spływała do otwartych oczu patrzących w przeszłość, do zgięcia pod ramieniem, którego lubiła dotykać kobieta, co sadziła maliny i urodziła mu syna, po szczupłych nogach maratończyka, które już dziś nigdzie go nie niosły, po rękach, które kiedyś otwierały butelki najlepszego wina, ale dziś i te butelki były puste.
Leżał na środku podwórza, bezbronny, nagi i w średnim wieku, a litościwy deszcz, ten przyjaciel samotnych - płukał duchy. A duchy jego już były nieprzemakalne.
Padało, padało, padało. Lało, piździło, chlupotało w zatkanych rynnach, bulgotało przy studni, zalewało krecie nory i kocie szczyny w piaskownicy.
Wreszcie zamknął oczy, wstał i wszedł do domu. Wziął z łazienki poplamiony ręcznik, wytarł twarz - ciemną, pustą i ostrą, zamknął okno i popatrzył noc.
Ulewa, mruknął. Ulewa.
Jutro, kurwa, znów wstanie słońce.

piątek, 6 sierpnia 2010

Ulewa


Wczoraj w Spółdzielni konkurs na miniaturę literacką. Czysta kartka, długopis i 45 minut tylko ze sobą na zadany temat . "Ulewa". Nie zdążyłam z puentą, zamieszczam więc tylko to, co zaczęłam. CDN..

ULEWA
Wieś była nieduża. Przysiółek właściwie. Kilka mizernych chałup przy rozchwianych płotach, pęki dzikiego bzu wzdłuż piaszczystej drogi, mała kapliczka z maryjną figurą, jeden krzyż.
Żółte światło samotnej lampy przy drodze wydobywało z ciemności sztuczne kwiaty za pękniętą szybka kapliczki, wypłowiałe niebieskie wstążki po majowych nabożeństwach i smutną twarz Maryi z gipsową łzą. Lampę postawił urząd gminy kilka lat temu. Zanim stanęła, nic nie rozjaśniało spokoju, który każdej nocy spływał z ciemnością na głowy mieszkańców, nabite łupieżem, przytulone do poduszek na których śnili swoje ciężkie, piwne sny.
Zaspane psy przy budach dały świadectwo czujności zachrypniętym skowytem kiedy wjechał w wąską drogę prowadzącą do domu. Kiedy przyjechał tu pierwszy raz , w swoim poprzednim życiu, wydawało mu się, że to miejsce będzie jego ostatnim na ziemi. Takim, do którego uciekasz, kiedy nikt już na ciebie nie czeka i niczego nie chce, miejscem w którym nie ma jutra a wczoraj dawno się zdarzyło.
Ciężki upał ostatnich dni wisiał wciąż na drzewach, duszny, dręczący, mimo późnej pory nieustępliwy jak warta halabardników która broni wejścia do lżejszego świata. Był zmęczony tym upałem, i drogą, która wciąż szumiała mu w uszach mlaskaniem kół po miękkim asfalcie. Powietrze pełne było duchów. Nie bał się ich, znał je wszystkie, z nimi siadywał tu na progu, przez wszystkie te minione lata, kiedy przyjeżdżał do domu uciekając przed żyjącymi. Dziś nie bał się już niczego, i nigdzie nie musiał uciekać, bo co mogą zrobić duchy i ludzie człowiekowi, który idzie przed siebie, nie pytając i nie prosząc o nic ?
cdn

bilans

Są rzeczy, które nic mi nie mówią,
są słowa, które już do mnie nie przychodzą.
Wspomnienia dawnych umiejętności odbijają się we mnie echem minionych dni,
Moja ręka nie kreśli żadnego istotnego ruchu
Moje niewidzące oko porusza się po znanych trajektoriach.
Radość i smutek są mi fantomowym wspomnieniem dawnych uczuć.
I tylko ten dwukomorowy mięsień pompuje we mnie życie 60 razy na minutę.
Nieustannie.

wtorek, 3 sierpnia 2010

36.6

Wszyscy mają blogi. Kiedy zakładałam ten, byłam na etapie radości życia.
Teraz rzadziej mam ochotę się z życia zwierzać, na forum publicznym zwłaszcza, bo ani radość ta sama, a i publiczność anonimowa. Poza tym - radość życia zastąpił spokój. Nie zniknęła. Jest we mnie, lecz inna. Zamknięta w sobie tylko znanych miejscach i rzadko wychodząca na twarz. Po wszystkim co za mną przyjemności dawkuję, a moje zwierzenia mnie samej wydają się niestrawne. Równowaga ? Czy tylko niepogodzenie z tym, co widzę wokół i w czym coraz rzadziej mam ochotę brać udział ? Relacje typu wspomnieniowe, relacje spod znaku "kiedyś było tak, teraz inaczej" są wykładnią jedynie wieku i kontrolowanego nudziarstwa , sumą przeżytych doświadczeń. Przecież kiedyś było tak samo, tylko wcześniej, a i dziś na wschodzie, zachodzie i południu bez zmian.
Teraz tylko musimy tolerować wszystko i wszystkich, bo mamy demokrację, wolną Polskę i wolne słowo. Czasem mamy słowo szybkie. Za szybkie. Czasem słowo jeszcze rani, lecz jakie to ma znaczenie, skoro tyle słów pozbawione już zostało znaczeń ?
Kiedyś wiedziałam, co jest dobre , a co złe.
Nauczyła mnie tego niania. Prosta Kaszubka, w trumiennych, wyglansowanych butach na powykręcanych reumatyzmem stopach, która wierzyła w dekalog. Dobre dzieci słuchają rodziców - mówiła - i sprzątają po sobie.. Dobre dzieci się nie kłócą, nie biją, nie zazdroszczą. Podzielcie się, nie wyrywajcie sobie zabawek, strofowała mnie i brata bliźniaka : tyle miesięcy pod serduszkiem u mamusi leżeliście, a teraz nie umiecie sobie ustąpić ! Jak ktoś się kocha, to się nawet jagódką podzieli !
Była nam sędzią sprawiedliwym, których już dziś wokół nie znajduję. Miała zasady, które oprawiały jej prosty świat w surowe ramy, i przeżyła w uczciwości blisko 90 lat niewielu prawdopodobnie po drodze zawodząc.
Dziś każdy ma równe prawa. Trudno nazwać dobro i zło, dekalog poszedł na emeryturę bo dziś każdy jest swoich zasad równoprawnym kreatorem. Można oszukiwać, kłamać, kraść, zdradzać, źle pracować i lenić się - wystarczy nadać tym faktom inne nazwy.
Strudzona jestem pokazywaniem, że potrafię, bo nadszedł czas że nikogo to już za bardzo nie obchodzi. Marzę o chwili, kiedy znajdę inny sposób na dogadywanie się ze światem.
Kiedyś w każdym projekcie szukałam żaru, który rozpalał mnie do białości. Dziś wystarczy mi 36.6.
Za prawdziwe uczucia płaci się prawdziwą cenę. Pora na zmiany, pora w drogę.

sobota, 31 lipca 2010

tatuaż

- Musi ją pani ostrzyc. Ogolić króciutko, będzie się lepiej czuła, zobaczy pani. To nawet ładnie wygląda : zostawia się łapki, główkę, i ogonek. Proszę ją ogolić i przyjśc na pobranie krwi za trzy tygodnie - orzekł stanowczo wielki Doolittle w Lecznicy.
No to dzwonię, szukam, sprawdzam.. Kto zostawi mojej kotce `łapki, główkę i ogonek`, bezstresowo, spokojnie, nie pozwalając na wydrapanie sobie oczu ? Szukam i znajduję Izabelę.
Izabela od Psów i Kotów jest drobna, ciemna, szczupła, po trzydziestce. Niewielki zakład - pokoik właściwie - pełen szczotek i szamponów prowadzi w suterenie bloku na jednym z gdyńskich osiedli. Przez telefon pyta : jak imię kotka ? Proszę przyjść w środę, jak nie zdążymy w jeden dzień to pani przywiezie jeszcze raz, to nie ma wpływu na cenę. Ja nie usypiam, kotek zrozumie.
Na pewno zrozumie. Gdyby jednak nie zrozumiał - zaopatruję się w stare rękawiczki ( nie mam długich, sokolniczych) i dżinsową kurtkę od złego pazura. No to przychodzę , wyciągam z klatki kupkę najeżonego, wielkookiego lęku, a Izabela zaczyna swoją mantrę : proszę jej nie szarpać, ona musi poznać, kotka trzeba delikatnie, o, tak, niech się przyzwyczai, popatrzy w lustro...
Fachowo zabiera się za golenie, kotka stoi na drżących łapach, chyba patrzy w lustro i ani mrugnie. Izabela goli i gada :
- .. ludzie czasem tu zachodzą i straszą : nie boi się pani, sama tak , w tej piwnicy ? Nie boję się, bo czego się mam bać ? Kiedyś pod wieczór wchodzi tu do mnie jeden facet. Łysy taki, ogolony, szeroki kark, keta złota na szyi.. Trochę się zlękłam, przez to gadanie ludzkie, a on wyjmuje spod skórzanej kurtki pudelka, maciupeńkiego takiego. `Tatuś wróci`, mówi do pieska.. `Tatuś tu wróci za godzinkę`. Biorę pudelka - a on ma paznokcie na różowo pomalowane ! Teraz pani tu tak na drugi boczek przytrzyma...
- Innym razem jedna babka, bo ja zawsze przez telefon pytam : imię ? Imię zapisuję zwierzaka, inaczej bym się nie połapała, nie ? Więc ona mówi
`Daria.`
Daria to Daria, ja już się przyzwyczaiłam do najdziwniejszych imion, ale biorę tego zwierzaka, strzygę, macam, a on ma jajeczka ! Jak pani po niego wróciła, mówię :
`Daria był grzeczny`. A babka patrzy na mnie tak dziwnie : "Daria to ja".
- O, widzi pani - kotek jak nowy. Niech jej pani tak teraz przednie łapki rozłoży, na `alleluja` ! I jeszcze główkę poprawię, na lwa..
Ludzie mówią, że jak raz już ostrzygą, to zawsze będą przychodzili.. To niech pani dzwoni jakby co.
Jakby co, to zadzwonię.
W pierwszym szoku nowej fryzury nasza druga kotka nie poznała ogolonej i festiwal odrzucenia trwał kilka dni. Prychanie, syczenie, obraza, odmowa jedzenia i picia. Minęło.
Kotka zadowolona, z utratą starej sierści dostała nowe życie. Jest miękka, pluszowa, pachnąca. Szara i filcowa jak mały króliczek. Wszyscy chcą jej dotknąć, wszyscy ją głaszczą, a ona , po ośmiu latach prawie autystycznego lęku przed dotykiem - wyszła do świata.
Czy i z nami zawsze tak jest ? Czy to nasz wewnętrzny opór przed ludźmi odpycha nas od nich, czy tylko my, widziani inaczej, prowokujemy blokadę na świat, której tak naprawdę nie ma ?

Dziś w naszym Klubie Książki czytamy "Franny i Zooey" Salingera. Lektura o niepogodzeniu ze światem, poczuciu nad tym światem wyższości ? A może raczej pretensjonalne, sofistyczne wywody młodych, którzy odrzucają świat inny od własnego ?

"(...) wina jest w nas - powtórzył Zooey. - Jesteśmy dwa dziwolągi i w tym cała bieda (...). Jesteśmy jak tatuowana kobieta, nie mamy chwili spokoju i nie spoczniemy do końca życia, póki wszyscy dookoła także nie dadzą sobie zrobić tatuażu. (...)"

( zdjęcie nie mojej Kotki, ale wygląda tak samo :)

niedziela, 25 lipca 2010

Kwiat z księżyca

Dzisiejsza pogoda przypomina mi Kanadę : chłodno, rześko, przejrzyście po nocnym deszczu. Świeży zapach w powietrzu, soczysta zieleń wokół. Kanadyjskie lato 2000, 2007., jesień 2005. W Vancouver zawsze byłam głodna. Oczywiście jedzenia było wszędzie pełno : w domu, na ulicach, w restauracjach, do których chętnie zapraszał M. Stoły targowe na Granville Island uginały się pod ciężarem owoców morza i ziemi, skośnoocy sprzedawcy ze wszystkich stron świata zachwalali towar, niemieccy producenci kiełbas dawali na spróbowanie co lepsze kąski, żydowscy kupcy oferowali koszerne pierogi i humus. trudno mi rozstrzygnąc czy był to głód znanych smaków, czy raczej tęsknota za oswojonym - dość, że odczuwałam dziwne nienasycenie, a z nim smutek. Na redzie kołysały się duchy białych promów, płynących daleko, na Alaskę, w powietrzu sól, mewy na Marine Walk jak białe znaki zapytania skaczące w chłodnym powietrzu.
W Kanadzie najmocniej tęskniłam za Polską, której czasem nie lubię. Za Polską, która męczy, przygniata, drażni, odrzuca. Czasem uniemożliwia, osamotnia. Za krajem , gdzie "(...) kwiaty daje się niemal przy każdej prywatnej i publicznej okazji; lśnią na tle zimowej szarości i sterylnej, komunistycznej estetyki niczym latarnie przyjaźni" ( Michael Moran, "Kraj z Księżyca", s. 39 - gorąco polecam ! ) .
Dzisiejsza chmurna niedziela nastraja sentymentalnie. Leżę w łóżko, piszę, koty chrapią na poduszkach, a ja mam pomysł na tekst o kwiatach i Polsce, którego nie mogę zrobić. Coraz trudniej mi łączyć realność z marzeniami, rachunki do zaplacenia z tekstami, na które czasu wciąż za mało. Zamiast słów - znaczki na planach mieszkań, zamiast akapitów - excelowskie tabele zestawień .
Czy jestem leniwa, czy tylko zmęczona ? Czy refleksyjna, czy po prostu w średnim wieku ? Napiszę ten tekst, i poprzedni i kolejny. Już niedługo, za chwilę, kiedy tylko wysiądę z tej rakiety, co wiezie mnie na kraj z Księżyca.

sobota, 24 lipca 2010

Smak kremu do rąk

.. czyli rozmowy z moją córką, 2.

- Babcia mnie zawsze pyta, czy umiem gotować. Nie czeka na odpowiedź, tylko sama ciągnie : nnoo, jajecznicę to już na pewno.. Wiesz, nigdy nie wiem, co jej odpowiedzieć. Mięso, warzywa, zupę, makaron.. ? Przecież ugotować mogę wszystko. Co może być trudnego w zupie ? Woda, warzywa, mięso, jakieś przyprawy. Albo w mięsie ? Trzeba umyć, pokroic, zamarynować, odstawić.. Kiedyś myślałam że to takie trudne, ale to jest proste, naprawdę bardzo proste, zwłaszcza z książką kucharską.
Ty nigdy nie gotujesz z książek. Czasami ? Bardzo rzadko, trzeba to brać na wyczucie. Ja bardzo lubię twoją kuchnię. A mama B. to zawsze wszystko gotuje z książek. Nie żebym nie lubiła jej kuchni, to zawsze jest bardzo smaczne, ale jakieś takie.. Jest takie jak ona.
To co ona gotuje zawsze smakuje jej czystym mieszkaniem i kremem do rąk. To znaczy nie smakuje k r e m e m, nie, ale jakąś taką - perfekcją.. Nie wiem jak ci to wyjaśnić, ale, widzisz, to jest trochę tak, że cokolwiek by nie ugotowała, gdzieś na końcu jest jakiś jeden smak. Nie chodzi mi o to , że majeranek, kardamon, czy oregano. To jest.. coś innego. Nieważne czy to jest curry, zrazy, czy ciasto, tam na końcu gdzieś mieszka nuta tego kremu, tych jej czystych rąk. Ta perfekcja. Na drugi dzień nie pamiętam już - co jadłam ? Jak ty gotujesz, wszystko jest inne, jak ona - takie same. Takie same smaczne, i żadne.. Rozumiesz mnie ?
- Rozumiem, i znam ten smak. Fajnie to nazywasz. Bardzo mi się podoba.
Widzisz, dokładnie tak powinnaś pisać : jakbyś opowiadała coś koleżance, mamie, bratu. Jakbyś usiadła, i wyobraziła sobie zapachy, smaki, kształty, wrażenia. Pisanie nie jest wypracowaniem szkolnym, nie trzeba budować zdań, jak w rozprawce z polskiego. Tego trudno się nauczyć.
Pisanie nie jest kremem do rąk, atramentem w piórze, tuszem w drukarce. Pisanie jest niepowtarzalną wędrówką wgłąb siebie.

niedziela, 18 lipca 2010

Stimmung





notatki z podróży 2.



W Amsterdamie leje. Niewiarygodna wręcz odmiana kropli deszczu na twarzy po strugach potu na plecach z ostatnich dni. Nasze rowery przypięte nad jednym z setek tutejszych kanałów mokną nam, mokną, mokną. Mokry Amsterdam nie jest tak dekadencki jak deszczowa Wenecja , ale ma w sobie magię wakacji, przygody, lata. Ma w sobie stimmung.
Zalegamy w dusznej kawiarni, przygodnie wybranej na schronienie przed deszczem, której pozornie nowoczesny wystrój męczy gęstą wykładziną na ścianie, i każde z nas robi coś. Coś innego. H. pisze pocztówki do A., B. i C., J. szkicuje H., ja piszę. O nich. Do nich. Do was.
Leje, kurwa,leje, myślę, nie chce nam się wychodzić i jechać mokrymi ulicami do hotelu, ze strugami wody we włosach i w bagażu. Zapalam papierosa w progu knajpki, w pół kroku do deszczu, a myśli bezładnie mi mokną.

Chłonę atmosferę wakacji, wolności tutaj od tam. Od tam, gdzie zostawiłam obowiązki, faktury, kwity do pralni i telefon. W tym mieście wcale mi nieznanym, mieście ciasnych uliczek nad kanałami, mieście tysiąca rowerów, okien z podstarzałymi prostytutkami, wąskich kamienic, zapachu trawki, koloru sziszy. Dziewczyna obok mnie, tuż w progu, zapina ciasno kask motocyklowy pod brodą , skąd jesteś, pyta - wher`re u from ? Are you here on holidays ?

Z Polski, jestem, z Polski, z kraju tego, gdzie krzywdą jest dużą popsować gniazdo na gruszy bocianie.. Jestem z Polski, z kraju tego, gdzie mężczyźni noszą skarpety do sandałów, rzucają niedopałki na ulicę i idą przodem przed swoją kobietą , która niesie jego dzieci. Jestem z Polski, gdzie kiedyś piękne dziewczyny hodują dziś swoje smutki jak brzuch po czterdziestce. Jestem z Polski gdzie architektura miasta krzyczy do mnie reklamami piwa i brzydotą chaosu, a wieś to browary pod sklepem i opony od ciągnika w rowie. Z Polski, gdzie bić żyda, asfalt musi leżeć na swoim miejscu, po psach kup nie trzeba sprzątać, przecież płacimy podatki, na plaży cuchnie moczem z krzaków, a ja jestem z Polski, z Polski maryjnej, majowej, męczącej, smutnej, na wieki wieków, amen.
Uśmiecham się do dziewczyny i odpowiadam : tak, zostajemy tu jeszcze dwa dni, tak, podobno ma padać, have a nice day.. Trzymaj się więc, take care, miłego pobytu,rzuca przez ramię i odjeżdża niosąc za tylnym kołem pióropusz deszczu.
W knajpce bez zmian. Na zachodzie siwy Holender pod ceglaną ścianą zerka na mnie znad codziennej gazety, jak piszę szybko na kartce wyrwanej ze szkicownika.  J. rysuje., H. wysyła wieści z wakacji, a ja piszę banały, piszę nastroje, nas troje piszę, piszę zapachy i deszcz, i cierpki smak piwa, wilgoć wieczoru, obce twarze, obcy język wokół, sąsiada ze stolika obok i tę dziewczynę na motocyklu, która odjechała wioząc w plecaku letnie krople. Piszę dla pamiętania, dla wspomnienia, dla siebie, dla was.
Obca ja, Polka w Holandii, panna nikt na ziemi nieswojej.

(..)
to nie kochanka ale sypiam z nią
choć śmieją ze mnie się i drwią
taka zmęczona i pijana wciąż
dlatego nie
nie pytaj więcej mnie.
Nie pytaj mnie, dlaczego jestem z nią,
nie pytaj mnie dlaczego z inną nie,
nie pytaj mnie dlaczego myślę że
że nie ma dla mnie innych miejsc.. (..)
[Grzegorz Ciechowski]


wszystkie fotki: Hania Szkarłat -->


wiksa


notatki z podróży

Przyjechaliśmy wieczorem, nocą prawie - zmęczeni, znieczuleni kawą i kilometrami na liczniku, szczęśliwi.
Amsterdam.
Na ulicach kolorowi ludzie oszołomieni imprezą przegranej Holandii w mistrzostwach. Jeszcze kilku w pomarańczowych koszulkach, jeszcze pióropusze i flagi narodowe nad wąskimi uliczkami, jeszcze gromady upalonych dzieciaków przy kawiarnianych stolikach, przenośne pisuary na zaśmieconych ulicach. Zewsząd wylewał się tłum. Barwny, róznoraki, młody, wielu języków, wielu przekonań i ich braku. Tłum etniczny, tubylczy i przyjezdny, w czapkach, przepaskach, kapeluszach, dredach. Na rowerach, pieszo, samochodem.
To miasto nosi znamiona grubej wiksy
, powiedział J. Wiksa, w i k s a, gruba wiksa - obracam to słowo w ustach, słowo obce, szeleszczące, prostackie, trochę groźne, raczej zabawne. Przywodzi na myśl wolność, młodość, bachanalia, niezabawne już rozrywki - `wszystko co kocham` ? Za moich czasów mówiło sie impreza, impra.. Dziś `impreza` brzmi nudnie, jak nudny jest grill z dorosłymi, kolacja z rodzicami, kino po południu. Kiedy jestem z J. i H., kadego dnia odkrywam nowy, wspaniały świat powoływany do życia nowymi słowami : obczaić, ogarnąć, wyhaczyć, biba,maniurka, wiksa. Oni są mi łacznikiem ze światem, którego nie znam ale akceptuję, jak akceptuje się inność nie gorszą, odmienną.
" W pewnym sensie, naturalnie nic nie było już takie jak dawniej. Można mieć pretensje do wojny ( obu wojen) albo do młodzieży, pracujących kobiet, bomby atomowej czy po prostu rządu - ale naprawdę oznaczało to tyle, że człowiek się starzeje(...) " [ Agatha Christie "Zwierciadło pęka w odłamków stos" ]

niedziela, 11 lipca 2010

pomożecie ?

Dostałam maila od Joanny po tytułem : pomożesz, Magdaleno ? Bardzo lubię takie maile, bo są zupełnie oderwane od pracy i - wśród kilkudziesięciu odbieranych codziennie, oflagowanych tym lub innym numerem projektu - przypominają, że obok istnieją światy równoległe.
Sama w tej chwili zbieram materiały do trudnego tekstu o księżach suspendowanych, i czekam z bijącym sercem na rzadkie odpowiedzi od moich adresatów. Mail osobisty jest więc dzis skarbem, który nieczęsto udaje się odnaleźć.
Joanna pracuje nad normalizacją testu. Oznacza to, że bada się sam test, czy jego stwierdzenia badają to, co mają badać, i czy robią to dobrze. nie jest to badanie osoby, która ten test wypełnia. Do znormalizowania testu potrzeba wielu osób, i Joannie tych osób brakuje. Jeśli możecie - wypełnijcie w całości test i roześlijcie wszędzie tam, gdzie się ta : na waszych blogach, forach, profilach , wśród znajomych. Światy równoległe z góry dziękują za pomoc.

ankieta.tapu.pl