Spotykamy się w ładnym, chłodnym miejscu. Wieje wiatr i przynosi ulgę w upalny dzień. Uprzejmy kelner podaje wodę i kawę.
Ściskają mnie serdecznie, a ja czuję przyspawany do mnie od wczoraj ucisk w gardle.
Od wczoraj, kiedy umawialiśmy dzisiejsze spotkanie.
Ten ucisk, że będę musiała się rozstawać, że nie dałam rady, że nie wyszło, że wspinam się mocno na palce, wybijam z pozycji i trafiam w mur. Ten mur, usypany ze starań, z prób, z pracy, z mojego zmęczenia, z kilometrów za kółkiem, z braku komunikacji, z mojej nieudolności wreszcie.
- Chciałabym te tematy pootwierać. mówi ona.
- Każdy ma swoje deficyty. mówi on.
- Czy mam wam to ułatwić ? pytam ja.
- Ale zaraz, czy ty sądzisz , że chcieliśmy dziś w białych rękawiczkach rozstać się z tobą ? - pytają oni - Dlaczego w ogóle przyszło ci to do głowy ?
No właśnie : dlaczego ?
Dziwne rzeczy wyprawia czasem umysł, a życie weryfikuje wyobrażenia.
OdpowiedzUsuńMam nadzieję, że się obyło bez rozstań.
Taa, mam schizy, to pewne. :)
OdpowiedzUsuńA kto nie ma ? :]
OdpowiedzUsuńSzlag, a tak mało brakowało ;)
OdpowiedzUsuń