sobota, 11 lipca 2009

missa pagana

Ranne wstają zorze. Nad morzem.
Naciągam czas jak za krótką kołdrę, a gdzieś spod jej wydartego krańca wystają rzeczy niezałatwione. Kawa, prysznic i moją mantrą, moją modlitwą codzienną znów jest : co zrobiłam,co zrobię, czego zaniechałam ? Dzielę czas na małe kawałeczki, przystępuję do komunii pracy : Panie, nie jestem godna, abyś przyszedł do mnie, bo takam zajęta..
Od rana autostrada, znów podnieśli ceny na bramkach.
`Tak_już_będzie` oświadcza pani - Budda w okienku, jakby obwieszczała mi soborową prawdę, a ja pryskam dalej, za tirami, za ciężarówkami, za czasem. Zerkam na stos papierów na siedzeniu obok i układam to, co powinnam była w nich wczoraj wyczytać, zamiast zasnąć, zmożona dniem poprzednim.
Rachunek sumienia. Żal za grzechy.
Pokuta rozwlekłych godzin narad w huku budowy, która rośnie i krzepnie na naszych oczach. Warkot maszyn budowlanych pod samym oknem wciska się w moją bolącą głowę. Gdy zamkniemy, jest duszno nie do zniesienia, trudno myśli zebrać. Gdy otworzymy- huk zza okien nie pozwala myśli słyszeć.
Czy startujemy, czy dopiero kołujemy ?
- wysilam się na błyskotliwy żart, gdy zapisane kartki drżą jak airbus na pasie startowym wraz ze stołem, z nami.
Jestem głodna,bardzo głodna, zalewam kawę kawą, herbatą, wodą, już tak bardzo chcę do domu.
Domie złoty, który czekasz na mnie niewywieszonym praniem, gdzie do nóg łasza się głodne koty, gdzie bardzo chciałabym już być.
`Sukienko w groszki, módl się za nami..` Jeszcze kilka godzin , wytrzymam.
Na anioł pański biją dzwony mojego telefonu . Jak weksle bez pokrycia wystawiam rozmówcom obietnice, których nie umiem dopełnić : a już miało być inaczej, lżej być miało, łatwiej.
Wracam.
Wszystkie moje dzienne sprawy nieważnieją z każdym kilometrem puszczonego wstecz filmu porannej trasy. Dojeżdżam, parkuję, windą do nieba szóstego piętra, kładę laptopa, karmię koty, opowiadam mój dzień.
Zaprawdę godne to, sprawiedliwe, słuszne i zbawienne jest móc wreszcie odpocząć.

zmysłowe

`Idę na rynek zobaczyć co słychać`

*****

I think the subtle fact (....) makes her look feel more open and easy.

"Makes her look feel," that's a funny phrase. A lot of times we decide how much we like a "look" based on how it must "feel" to wear it.

`The sartorialist` On the street..summer black. Paris.

czwartek, 9 lipca 2009

wszystko jest zaprojektowane


Znowu przyszły. Gdynia Design Days .
Święto niedostrzegalnej sztuki życia.

Warto zobaczyć jak warto być, mieszkać, mieć.
Dopiero rok minął jak pisałam prawie to samo.
Tylko rok.
Dziwny, trudny, smutny, bywał wspaniały.
Aż rok. Trudno uwierzyć jak perfekcyjnie go NIE -zaprojektowałam.

Master of a pick-up



Pcham wózek do kasy i widzę, że przygląda mi się jakiś dość przystojny facet, na oko bliski sąsiad mojego numeru pesel. Wciągam brzuch na miejsce, wypinam mężne serce w kształtnej piersi i z wystudiowaną nonszalancją zaczynam wykładać zawartość wózka na ladę.
- Duże zakupy ?, zagaja on, ni to pytanie, ni rzucony w przestrzeń mały haczyk, taki haczyczek malutki, taka błystka, a ja przesuwam na prominentne miejsce chrupkie pieczywo light oraz brokuły, niech sobie nie myśli, że u mnie w jadłospisie tylko alk, czekolada i bułki, w końcu nowoczesna kobieta ze mnie, co to dba o formę i za żadne skarby nie dopuści do siebie wolnych rodników. Gość układa swoje piwo i bagietkę ( małe zakupy, samotny pewnie, pampersów nie widzę, dzieci duże albo zgoła brak..) i uśmiecha się przemiło.
- My się skądś znamy, tylko nie wiem skąd ? - rzucam głupawo, i ups, to nie moja kwestia w tej scenie, pomyliłaś , cholera scenariusz.
- Znamy się ? nie wiem , może.. ? - traci na chwilę rezonans przystojniak. Ale tylko na krótką chwilę.
- Nnoo, na pewno, na pewno się znamy, mam pamięć do twarzy - brnę z cudzym scenariuszem w dłoni, dzielnie daję mu do zrozumienia, że demencja starcza jest mi znana jedynie z rubryki porad w kolorowych czasopismach oraz reklam BurlecithinVita, nie z autopsji , o nie, tu mnie nie zagniesz, chłopie...
- Ze szkoły.. ? - brnie on, a pani w kasie patrzy drwiąco : cztrdzisscidwaosiemdziesiątproszę..
- A jaka szkoła ? Bo ja trójka w Gdyni. - to ja znowu, triumfalnie z lekka, no jest się czym pochwalić, dobra szkółka, stajnia, rzekłabym, talentów, fakt, że świeciłam tam jak kapsel na śmietniku wśród tych kujonów nie wydaje mi się tematem do omawiania nad kefirem i workami na śmieci, w końcu nie porównujemy świadectw z paskiem , zresztą nie pamiętam żadnego.. Przynajmniej u siebie.
- Ooo.. - rzednie mu mina - nie bardzo.. ja.. jedynka., ale, ale może .. z Sopotu ..? Kartą płatność, poproszę.
- Ma pani kartę konesera ? - wchodzi ze swoją kwestią pani zza lady - Za wino płacone było na monopolowym ? Paragon poproszsz.. - pogrąża mnie dalej, co to ja alkoholiczka !? Do lustra topię co wieczór swoje frustracje, czy jak ?! Jakie wino, jakie wino ? Woda niegazowana i isostar, ale może wypadnie mi z portfela karnet na jogę ? Zaraz, o proszę, nowiutki, bardzo proszę, nieużywany prawie ! Karta konesera.. ?
- Z Sopotu, tak, z Sopotu ! - triumf woli nad pamięcią - on.
- na pewno z Sopotu, wiedziałam - ja. Tylko skąd, z ulicy, z podwórka, z plaży , z nart na Łysej, z kółka oazowego ( nie należałam, psiakrew ! ) z jabłek kradzionych na dachach garażów, a może z biblioteki, gdzie siadywałam zagłębiona w lekturze Dostojewskiego i Wojaczka, taka małomówna romantyczka, ta cicha kobieta z tyłu świątyni sztuki to ja, no to ja jestem !
- M., to ty ? ! - i samotny, wysoki, przystojny gość, rzuca mi się na szyję, a mnie owiewa nowy zapach Hugo Boss Elements . - Niesamowite, super, to ty miałaś brata bliźniaka, w tej samej klasie ?!

sraczka myśli

"...w tej kwestii totalnie nie jestem w stanie zapanować nad sraczką myśli", mówi dziś Klient - Przyjaciel , rozważając o kolorach.
On zostawił mnie dziś z kolorami swojego mieszkania.
Z tym poradzę sobie śpiewająco. Gorzej z deficytami życia. : tam czasami fałszuję.

Ten dzień był tak niezwykły, jak niezwykły jest każdy dzień, spędzany po prostu w biegu.
Tylko w biegu . Aż w życiu.
A życie zasługuje na coś więcej niż lakoniczny post w Magazynie.

stay tuned

poniedziałek, 6 lipca 2009

opcjonalnie ty

Przyjaciel mówi : Wtedy nie mogłem już ciebie czytać, zbyt osobiste to było. Zbyt smutne.
Tak.
Gdy historie staną się zbyt osobiste zawsze można kliknąć sobie w kogoś innego.

niedziela, 5 lipca 2009

Mania Grandiosa


Wbiegłam wprost na nie. Zadyszana zatrzymałam się, zastygłam w lękliwym oczekiwaniu. Bukowy las stał jak niemy widz, ciemny i nieprzychylny, wokół duszny zapach gnijących liści i mojego potu, mojego strachu.
Stały w nierównym rzędzie, dwa z przodu, dwa lekko na zawietrznej.
Żaden nie był ubrany w pasiastą piżamkę : wszystkie cztery były brunatne, mokre, futrzaste. W uszach dudnił mi mój ciężki oddech i głos Krystyny Czubówny zza kadru : `Po opuszczeniu legowiska , zwanego barłogiem, młode ruszają za matką i rozpoczynają samodzielne żerowanie... Osobniki dojrzałe dożywają w naturze 40 lat "..
Ok, to prawie tak jak ja.. Super. Z rówieśnikami zawsze znajdę wspólny język, w końcu skąd popularność portalu nasza_klasa.peel. ?
Patrzyły na mnie spokojnie , lekko zezując ciemnymi, blisko osadzonymi oczkami, przestępowały z racicy na racicę, jakby im się gdzieś spieszyło. Do mnie ? Zaraz, po co ? A co we mnie jest ciekawego ?!
Kątem oka dojrzałam skalp lisa na mokrej ściółce. Leżał tam jak jakaś pomarańczowa makatka. W myślach przeleciało mi kilka najważniejszych wydarzeń z mojego życia ( bierzmowanie, dwója z fizy, ze trzy satysfakcjonujące orgazmy, wygrany duży kontrakt, rozwód.. ).
Wyobraźnia podsunęła mi kilka obrazów z Hannibala Lectera : rozwłóczone szczątki, krew, kawałki kończyn w błocie wśród chrumkania i prychania, długie języki, ostre zęby. Ok. O K .
W myślach przebiegłam wstępniaki w gazetach:

Wyborcza _trójmiasto : Młoda (... jasne ! ) kobieta uprawiająca jogging dziś rano została zaatakowana przez agresywne stado dzików. Locha z młodymi brutalnie rozprawiła się z joggerką, zanim - zaalarmowana krzykami konającej - nadbiegła pomoc z pobliskiego osiedla.. "

Brać Łowiecka : Pogłowie dzika ( Sus Scrofa ) w tym roku wzrosło. Długotrwałe opady i brak naturalnych wrogów gatunku spowodowały niekontrolowany wzrost stada tych dzikich ssaków i ich od lat nie notowana agresję.. Dziś rano, o godz 8.30 czasu środkowoeuropejskiego kobieta uprawiająca jogging w trójmiejskim lesie została zaatakowana przez rozjuszone stado. Pogrążona w żałobie rodzina zmarłej prosi o nie składanie kondolencji. "

Dziennik Bałtycki : " GDZIE DZIŚ JEST TWOJE DZIECKO ? "
Wojewódzki Lekarz Weterynarii alarmuje : Osoby planujące spacery w otulinie trójmiejskiego Parku Krajobrazowego winny zachować szczególną ostrożność. Stada agresywnych dzików atakują ludzi zażywających sportu na łonie natury. Przypadek tragicznie zmarłej dziś Magdaleny Sz. powinien zwrócic baczniejszą uwagę nierozważnych rodziców na "..


Spodobały mi się zwłaszcza notki w czasopismach branżowych :
"Pogrążony w żałobie zespół wspomina : ` To była niezwykła szefowa . W czasach, gdy wokół brak autorytetów, chyba już nigdy nie będzie nam dane spotkać na swojej drodze mistrza, który wniósłby tak wiele do naszego postrzegania współczesnej architektury wnętrz."

Maile do SARP- u od klientów :
" Dziś żałuję, że nie miałem szansy powiedzieć jej jak bardzo ją cenię. Ona jedna nauczyła mnie korzystać z mojego bidetu. Zaległe należności za projekt postanowiliśmy z żoną przekazać na Oliwskie ZOO.. "
.

Jeszcze rodzina : " Była taka zamknięta w sobie, nieuchwytna. Prawdziwa artystka. Zbyt późno o tym mówić, ale żałujemy, że nie zawsze mieliśmy ochotę zapraszać ją na niedzielny obiad.."

Popatrzyły na mnie, na siebie, w niebo.
Jeden podrapał kopytkiem w błocie. Dwóch pierdnęło. Czwarty chrumknął. Odwróciły się jak na komendę i z godnością potruchtały w las.
Otarłam pot z górnej wargi i świńskim truchtem oddaliłam się w stronę osiedla. Na ścieżce sukno pomarańczowej parasolki bez konstrukcji nadal udawało skalp lisa.

Nie mówcie mi Magda.
Jestem Mania.
Mania Grandiosa.

festival

Spokój wydaje mi się być jedyna rzeczą wartą kupienia biletu.
Lista nieobecności.

sobota, 4 lipca 2009

Kolory ciemności

Świeci słońce. Miasto jest pełne kolorów.
Kolorowi ludzie idą, stoją, tłoczą się, popychają.
Ludzie niosą czerwone plecaki, czarne walizki, niebieskie torby, białe koła, tęczowe piłki, złote frytki, cytrynowe lody.
Samochody suną sznurem w rozedrganym upałem powietrzu. Parkują wszędzie : jak martwe granatowe żuki powciskane między zielone drzewa, na czerwono - białych znakach zakazu, na szarych krawężnikach, na brudnych poboczach, na spłowiałych żółtych trawnikach.
Ulicą idzie niewidoma dziewczyna.
Wokół niewidomej dziewczyny jest cisza.
W ciemnej ciszy dziewczyna stuka przed sobą białą laską, pochyla się do przodu, chwyta za klamkę drzwi zamkniętego sklepu. Na schodkach sklepu odpoczywa dwóch chłopaków, jeden ma niebieską koszulkę, drugi czerwoną.
Piją piwo, palą, ich nieuważnie rzucony plecak jest jak czarna przeszkoda w sztafecie białej laski. Laska o centymetry mija zieloną butelkę heinekena u stóp siedzących ; chłopak łapie piwo bez słowa i patrzy za odchodzącą.
Znany chodnik dziś jest nieznanym labiryntem, groteskową ciuciubabką, rozpoznawalne od zawsze kształty dziś w tym tłumie są obce. Dziewczyna szuka drogi w korytarzu ciał ,aut, wózków.
Na pustym od zawsze chodniku panoszy się samochód. Samochód jest czarny. Czarna przeszkoda. Dziewczyna chwieje się, maca ręką rozgrzaną maskę, smukłe palce dotykają brudnych reflektorów.
Czy mogę coś dla ciebie zrobić, czy mam cię gdzieś zaprowadzić ? - pytam. Czy chciałabyś się stąd zabrać, zagaduję. Czy mogę ci jakoś pomóc, dokąd idziesz, czy w tym tłumie , czy tu, czy ty .. ? czy tak... ?
Pytam dalej, w niezręczności swojej pytam, w skrępowaniu pytam, pytam, ciągle pytam.
Pytam w dźwiękoszczelnej ciszy mojego samochodu. Pytam i wtedy, gdy niepewna postać z białą laską mija mnie, szukające palce ścierają brud z mojej maski, a ja patrzę za nią, pełna wstydu patrzę, przekręcam kluczyk w stacyjce i odjeżdżam, wprost w sznur samochodów sunący w rozedrganym upałem powietrzu.

Gdynia, ul. Mściwoja.
4 lipca, sobota, godz 15.30

**********

(...) Ale wielka jest uprzejmość niewidomych,
wielka wyrozumiałość i wspaniałomyślność.

Słuchają, uśmiechają się i klaszczą.

Ktoś nawet podchodzi
z książką otwartą na opak
prosząc o niewidzialny dla siebie autograf.

Wisława Szymborska "Uprzejmość niewidomych "

Deficyty

Spotykamy się w ładnym, chłodnym miejscu. Wieje wiatr i przynosi ulgę w upalny dzień. Uprzejmy kelner podaje wodę i kawę.
Ściskają mnie serdecznie, a ja czuję przyspawany do mnie od wczoraj ucisk w gardle.
Od wczoraj, kiedy umawialiśmy dzisiejsze spotkanie.
Ten ucisk, że będę musiała się rozstawać, że nie dałam rady, że nie wyszło, że wspinam się mocno na palce, wybijam z pozycji i trafiam w mur. Ten mur, usypany ze starań, z prób, z pracy, z mojego zmęczenia, z kilometrów za kółkiem, z braku komunikacji, z mojej nieudolności wreszcie.
- Chciałabym te tematy pootwierać. mówi ona.
- Każdy ma swoje deficyty. mówi on.
- Czy mam wam to ułatwić ? pytam ja.
- Ale zaraz, czy ty sądzisz , że chcieliśmy dziś w białych rękawiczkach rozstać się z tobą ? - pytają oni - Dlaczego w ogóle przyszło ci to do głowy ?

No właśnie : dlaczego ?

piątek, 3 lipca 2009

Urodzinowe

They said you were getting older ( but I didn`t buy it )
They said you were slowing down ( but I didn`t buy it )
They said you wanted a gift ( but I didn`t buy it )

Jedyna osoba, która absolutnie nie da mi zapomnieć o m o i c h urodzinach to mój brat.
Bliźniak.
Przecież nie wypadałoby, żebym j a zapomniała o j e g o urodzinach.
To był bardzo przyjemny dzień.

twarzą

Minęło pół roku. Tego roku. Tego trudnego, dziwnego roku, w którym spotkało mnie już tak wiele, że - jak w grze komputerowej - mogłabym obdarować nim kilka żyć.
Zaczyna się robić lepiej, lżej, mniej ciasno. Świeci słońce.
Trochę jakby otwierała mi się w głowie jakaś mała klapka, przez którą powolutku, kuchennymi prawie drzwiami wkrada się nadzieja.
Dziś odbiór nowego lokalu, za chwilę przeprowadzka. Za nią następna stoi w kolejce. Zmieniam, porządkuję, próbuję zrozumieć. Niestrudzenie sprzątam wokół siebie, żeby zrobić miejsce na nowe.

Czasem wygrażam , wołam w niebo, krzyczę przez łzy : dlaczego? dlaczego mnie nie wysłuchasz ? ile jeszcze ?
A potem przychodzi refleksja : a może klęczałam odwrócona plecami ?

środa, 1 lipca 2009

Eleanor Rigby



Przegląda,sprawdza, robi notatki.
Poprawia pliki, poprawia włosy. Cyk, cyk stuka końcem pióra po zabazgranej kartce. Na skroniach zbierają się kropelki potu - dziś tak duszno. Patrzy przez okno na tłoczną ulicę, gdzie kilku gości ryje chodnik. Ciszej, bo młot pneumatyczny pracuje.Zamyka komputer, przekręca kluczyki w stacyjce, odpala, jedzie. W drodze do domu wstępuje na małą czarną bez lodu i cytryny.
W knajpce jest parno, nad stolikiem unosi się atmosfera wakacji : stacje metra dudnią z punktu a do punktu z, schodami do nieba mody chodzą ludzie po mediolańskim deptaku, paryska konsjerżka prowadzi pudle na białej smyczy.
Czuje się niezręcznie i staro.
Zakłada na głowę błazeńską czapkę z papieru. Przez dziury w czapce patrzą zielone oczy. Twarz obrysowana niezdarnym szkicem.
Kogo to obchodzi ?
Wstępuje do marketu budowlanego i mierzy wanny do mieszkania, w którym niedługo zasiądzie przy oknie. Mierzenie wanny jest łatwe : zdejmuje buty i wchodzi do jednej z nich, kładzie głowę na akrylowym oparciu. Wanna jest sucha. Wysoko nad jej głową, na sklepieniu hali dyndają na łańcuchach zakurzone świetlówki z pleksiglasowym kloszem.
Inaczej wyobrażała sobie projekt swojego mieszkania.


"(... )picks up the rice in the church where a wedding has been
Lives in a dream
Waits at the window,
wearing the face that she keeps in a jar by the door
Who is it for? (...)

wtorek, 30 czerwca 2009

Brudas skodyfikowany

- Te szafy nie nadają się do odbioru. Poza tymi oczywistymi poprawkami, o których mówimy, proszę je po prostu umyć, doczyścić, przecież one są pomazane, poobklejane, brudne .. !
- My nie mamy w zakresie mycia szaf, proszę pani ..
- A macie w zakresie "szafy brudne " ?

****
Zastanawiam się, jak należałoby to zapisać , jak powinna brzmieć umowa o wykonanie brudnych szaf ? :
"Przedmiotem umowy jest wykonanie dwóch ( trzech, pięciu ..) b r u d n y c h szaf, w systemie drzwi przesuwnych x, okleina y, o wymiarach z, wg obmiaru indywidualnego u klienta.."

albo :

Firma X, zwana dalej Wykonawcą , wykona dla Y, zwanego dalej Zamawiającym trzy (4, 5) szafy, zwane dalej Przedmiotem Umowy, wg specyfikacji materiałowej z załącznika nr 1, będącego integralną częścią niniejszej umowy.
Przedmiot Umowy będzie dostarczony b r u d n y .
Strony zgodnie oświadczają, że czyszczenie Przedmiotu Umowy nie jest w standardzie. Wykonawca może dokonać czyszczenia Przedmiotu Umowy za dodatkowym wynagrodzeniem. Wartość wynagrodzenia każdorazowo strony ustalą indywidualnie.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Endorfiny


6.00. Sen co mnie zmęczył już mi się nie wyśni, budzik wciskam pod poduszkę, jeszcze chwila już, już, spodnie, stanik sportowy, koszulka, buty, woda, czapka.

6.10.Wybiegam z głową ciężką od niedokończonych snów. Wybijam się z pierwszego stopnia schodków i skaczę; moje senne jeszcze stopy chrzęszczą w żwirze pod domem.

6.12. Pierwszy podbieg jest jak moment tuż przed wybudzeniem : on ciężki jak powieki, co nie chcą się otworzyć : raz, dwa, raz, dwa, w uszach dudni moje twardniejące tętno. Las rano jest świeży, śliczny. Liściaste są ciemne, trochę ponure w bukowych dolinkach, pełne tajemnic. W suchych liściach szeleszczą ptaki, spod nóg czasem któryś mi szmyrgnie jak szary pocisk, potrafi przestraszyć.

6.18. W moknącej pod czapką głowie ciągle mam wczoraj, mam dziś, mam jutro. Jeszcze tych kilka zaległych terminów, celnych ripost wypowiedzianych do nikogo, kilka słów do magazynu, niedokończonych zdań, pytań bez odpowiedzi, pustych trafień, czeków bez pokrycia. Stopami wybijam rytm wczorajszego rachunku sumienia : za wtedy, za nigdy, za jutro.
W piasku leśnych dróżek kreślę długie kolumny cyfr , winien-ma, sporządzam raporty, notuję, błądzę : kiedy go zapłacę, kiedy mi zapłacą, kiedy się przeprowadzę, dokąd mnie wyprowadzą ? Kredyt oddechu, debet sukcesów : kurs franka zwyżkuje z moim tętnem; spada, gdy skaczę z małej skarpy.

6.20. Drugi podbieg. Słyszę mój oddech : spocone staccato tętna po szutrowej ścieżce, raz, dwa, raz, dwa, raz... O czym ja myślałam ? I po co ? Spod nóg pryska mi wiewiórka. Zaczyna padać.

6.30. Cienka strużka potu na plecach, oczy szczypią pod daszkiem mokrej czapki, w uszach szum ciężkiego oddechu, raz, dwa, raz, dwa, raz.. to ja, czy to pies, co goni mnie szczekając ? Jego zaspany pan z papierosem patrzy na mnie drwiąco. Wracam.

6.36. Jeszcze jeden podbieg, szybszy, na dobicie - ostatni. Wbiegam na podjazd, obudzone buty chrzęszczą na żwirze mocno, zdecydowanie. Sześć pięter do góry, sto osiem stopni, ostatni wysiłek.

6.40. Zdejmuję czapkę, kopniakiem posyłam buty na balkon, kładę się na podłodze i oddycham głęboko. Niecierpliwe koty liżą mi palce: mokrą dłoń zaciskam na przypadkowym futrze, ciepłym jak słońce, które dziś zapomniało świecić.
Wdech _wydech_ wdech : rozkładam szeroko ręce, wybijam się i już bez pytań skaczę w ten dzień, do którego znów udało mi się wybiec.

niedziela, 28 czerwca 2009

My, Hunowie

Hodujemy brzydotę. Przez prawie pół wieku jak grzybem zarośliśmy brzydkimi meblami, ściankami, pawlaczami , kiepską boazerią, tandetą, pokracznością. Komunizm ze swoim obrzydliwym prostactwem wlazł pod strzechy naszych mieszkań i nadal tam siedzi. w meblach, w bibelotach, w brzydocie. Pod strzechy przecież, nie pod sztukaterią zdobione sufity kamienic, choć my nie z roli, ale z woli...
A jednak woli, odwagi, umiejętności zabrakło, by w tych siermiężno-plastikowych, biednych czasach zachować to, jak nas wychowano. Próbowano wychować.
Historyczny podział wnętrza już od lat nieczytelny pod chaosem pawlaczy i nadbudówek. Piękne drzwi zamalowane, lub - co gorsza - ogołocone z farby. Parkiety zmatowiały pod sztucznym dywanem z Domu Towarowego. Drzwiczki zielonego pieca rozpycha elektryczna grzałka. Lampa chwieje się na haku wbitym jak cierń w zdobienia sufitu. Boazeria lśni politurą jak łańcuch wołu u karety. Homo barbarus.
Bezkarnie , bezrefleksyjnie zbieramy śmieci. Zakurzone pamiątki z dawno zapomnianych wakacji, koperty z życzeniami od ludzi, których nie tylko twarz już nam obca, zapłacone rachunki, kulawe półki które już nigdzie nie zawisną, skancerowane talerzyki bez miejsca przy stole. Wszystko ważne, wszystko nam potrzebne, na wszystkim z buta, brutalnie odciskamy swój ślad.
Po co ? Dlaczego ? Dla kogo ? Co potem z górą śmiecia, kiedy jedna nam za mało i postanowimy usypać następną ? Czy plastiki zasilą oceany , drewno wróci do lasów, stłuczona żarówka zaświeci nad stołem , makulatura zamieni się w pachnącą żywicą sosnę ?
Oto dumny człowiek zbieracz. Homo collectus.

*******

Wygarnęliśmy juz dziewięć ton. Dziewięć ton do przemiału. Dziewięć ton ciężaru na wysypisku osobiście dołożyłam na ten przeładowany już wóz Ziemi.
Po całym dniu ściągam brudne rękawiczki, rzucam je do kosza, staję w pustych pokojach i słucham jak dom oddycha. Sprzątanie sprawia mu wreszcie ulgę.

środa, 24 czerwca 2009

Drobna uprzejmość

Wciskam auto na chodnik za jakąś furgonetkę, na przestrzeni przeczącej prawom fizyki . Przede mną dwóch panów grzebie w jej tyle. Furgonetki, nie przestrzeni. Mój tył wystaje, cokolwiek to oznacza, na tej pełnej samochodów głównej arterii miasta, na pseudo parkingu przed sklepem do którego przyjechałam.
Przepraszam, czy mógłby pan podjechać trochę do przodu, zmieściłabym się ? -
moje pytanie zawisa jak linka holownicza na zderzaku jego brudnego wozu.
Nie może pani tu stać - mówi stanowczo jeden, wąsaty, sam właśnie stojąc i patrzy na mnie z odrazą, jakbym zawłaszczyła mu jakąś prywatną, intymną przestrzeń trotuaru, do której mają dostęp tylko koledzy z klubu. Z klubu, gdzie roczne członkostwo opłacane jest codzienną dozą chamstwa.
Tam ! - rzuca młodszy - tam !- macha niedbale ręką w stronę rozjeżdżonego spłachetka trawnika za posesją, pokrytego gruzem.
ale ja.. próbuję uśmiechnąć się nie wiem po co, z przyzwyczajenia do tych gestów, które podobno mają umilać życie, i sprawiać , że świat będzie łatwiejszy. - ... ja jestem klientem firmy, przed którą panowie stoją - głupkowato zaczynam, pewna przegranej jak tego, że lato się spóźnia w tym roku.
.. jak pani tu zaparkuje - mówi groźnie pierwszy wąsaty kowboj - to zaraz przyjedzie tu straż miejska i panią spiszą ! Tam !
Widziałeś ? - Rechocze młodszy - Chciała zaparkować !
Prosiłam tylko o przesunięcie samochodu o pół metra. Posadzenie dupy na siedzeniu, przekręcenie kluczykow w stacyjcie , wrzucenie jedynki, , ręczny i już. Koniec. Żadne wyczyny. Żadne "Mam Talent". Nie było mowy o skakaniu ze spadochronem, ratowaniu niemowląt z płonącego strychu, spławianiu drewna rzeką czy polowaniu na dzika.
Rzecz była o zwykłą, banalną , drobną uprzejmość.

wtorek, 23 czerwca 2009

liczba pojedyncza ?

(...)Twój przyjaciel jest odpowiedzią na twoje potrzeby.
Jest polem które obsiewasz z miłością i z którego zbierasz z dziękczynieniem.
jest twoim stołem i ogniskiem domowym.
Albowiem do niego przychodzisz będąc głodnym i u niego szukasz spokoju.
Kiedy twój przyjaciel odsłania przed tobą swą duszę, nie boisz się rzec słowa nie we własnej duszy, ani nie powstrzymujesz słowa "tak",
a kiedy on milczy, twoje serce w dalszym ciągu słucha jego serca .
Albowiem w przyjaźni wszystkie myśli, wszystkie pragnienia i wszystkie oczekiwania powstają bez słów i sa wspólnie dzielone w nieujawnionej radości.
Kiedy rozstajesz się ze swoim przyjacielem nie smucisz się ;
Albowiem co w nim kochasz, może stac się wyraźniejsze podczas jego nieobecności,
tak jak góra oglądana z równiny wydaje się ostrzej zarysowana dla wspinającego się (...)
Khail Gibran "The Prophet"

****
..rzecz jest dziś o opuszczeniu, o opuszczaniu jest rzecz.
Niedobrze mi z tym. Serce boli.

poniedziałek, 22 czerwca 2009

Jednooka

Nie ma rzeczy naprawdę cennych bez dzielenia się nimi.
Kiedy widzę, spotykam, czytam, doświadczam czegoś wyjątkowego - od razu chcę o tym opowiedzieć najmilszym.
Trochę to tak, jakby patrzeć na świat jednym okiem, drugie mając zakryte, jak dziecko, któremu okulista koryguje wzrok zaklejając przylepcem jedno szkło śmiesznych, dziecinnych okularków. Gdy jestem daleko,odwiedzam jakieś miejsca, od których dech zapiera, lub które tylko warte są uwagi - zaraz wyciągam notes, komórkę, laptop, w poszukiwaniu mediów, które pomogą mi podzielić te emocje z nimi. Wracam i szukam w sieci tych dopiero widzianych miejsc, niosę je jak świadectwo mojej tęsknoty za wspólną dalekowzrocznością, przywołuje zdjęcia , mówię :
- o tam, tam na tych schodach, wczoraj, dziś, w zeszłym tygodniu, tam było takie piękne światło, tam jadłam, słuchałam, tu zimno chłodziło mi dłonie, tam, tam cierpki smak wina rozpuszczał mi się na języku, i wtedy, wtedy spadł taki ciepły deszcz, a po tych schodach chodziła angielska królowa, wiesz, jestem tu, i tu jest taka wielka.. słuchaj, nie wyobrażasz sobie jak.., jak tylko ci opowiem co tu.., czy możesz pomyśleć, że ..? ja właśnie widziałam..
Jest taka.. czy widziałeś, widziałaś ?

Obrazy, miejsca, ludzie, smaki, zapachy, kolory, kształty , słowa - nic nie są warte, jeśli nie możesz dzielić ich z kimś, kto gdzieś głęboko, w sercu trzyma na wieczne nieoddanie drugie twoje oko.

sobota, 20 czerwca 2009

Rowerem w las

W jej poprzednim życiu obowiązywał przymus wyczynowego sportu.
Ponieważ nie był jej bliski duch sportowej rywalizacji oraz zasadniczo brak jej było woli, krzepy, i cierpliwości do spływającego od potu tuszu do rzęs - ta część wieloletniego związku była uwierającą.
Jako dobrze ułożona żona, stawiająca sobie za cel towarzyszenie swemu panu na dobre i na złe,
( nawet na złe wyniki sportowe ) - podążała wraz z nim na rozległe boiska, tartanowe bieżnie, zalodzone stoki i wyboiste dukty , ukradkiem ocierając łezkę i w ustach mieląc słowa powszechnie uznane za nieparlamentarne. Dla upamiętnienia jej wieloletniej sportowej traumy powstał onegdaj nawet zgrabny limeryk:

Pewna kobieta z Gdyni
lubiła lato i mini,
jej mąż zaś uwielbiał biegi,
zwłaszcza gdy spadły sniegi.
Co małżeństwo ich dość
trudnym czyni.

Pewnego lipcowego dnia przelała się jednak przysłowiowa czara goryczy, do tej pory posłusznie napełniana płynami izotonicznymi. Owego dnia w malowniczych Borach Tucholskich panował nieznośny upał. Lasy te znane są z suchego podłoża, na którym wspaniale rosną iglaste, ale słabo się jeździ rowerem. Pedałowała dzielnie, świńskim truchtem, ledwo doganiając peleton, a koła jej czerwonego roweru po osie grzęzły w suchym piasku . Kiedy sto pięćdziesiąty raz spadła na podjeździe, boleśnie łamiąc sobie paznokieć o starannym french manicure, ogarnęła ją złość, o której chyba tylko w bajkach piszą:
Dajcie wy mi wszyscy święty spokój z tym głupim pedałowaniem ! Mowy nie ma, żebym jeszcze raz wsiadła w tym upale na to cholerstwo ! - wrzasnęła, aż echo poniosło po soczyście zielonym lesie. Nie namyślając się wiele podniosła rower oburącz wysoko nad głowę i rzuciła nim z rozmachem w las.
Słowa dotrzymała. Ani w słocie, ani w upale nie wsiadła już na to cholerstwo.
I jest z tego dumna.

czwartek, 18 czerwca 2009

kilka sztuczek

Dziś zasłyszane od M.
Na szkoleniu w dużej firmie, przy wypełnianiu kwestionariuszy :

"A teraz pani Magda nauczy wszystkich panów, jak stawiać ptaszki. "

W kraju Wikingów


... po ulicach chodzą przystojni faceci o łupieżczych zamiarach.
Witamy w Oslo.

Sztuka udawania

Zwierciadłem twojego życia jest twoja praca.
Czy zwierciadłem twojej pracy jest twoje życie ?
Wchodzę do pokoju, witam się , wyciągam rękę i wiem , że ta jedna wymiana dłoni uścisków już za chwile ułoży nam dalszą współpracę. Siadam, rozkładam papiery, zaczynamy rozmowę.
Gdy jest dobrze, z życiem w ogólności dobrze - w głowie otwiera się jakaś mała przestrzeń, i ta przestrzeń ma szanse za chwilę stać się wrotami porozumienia. Rozmowa toczy się wartko, a ja więcej słucham, niż mówię, bo nie muszę zagadywać pustki, bo po dwóch stronach stołu kiełkuje już coś, co za chwilę wyrośnie.
Gdy jest inaczej, gdy coś boli, uwiera , a ja wiem, że słabo stąpam - nie otwiera się nic, wszystkie wrota zamknięte są na głucho, zatrzasnęłam je na moją wrażliwość. Czuję jak rozmazują mi się kontury, jak bardzo chciałabym - powinnam - już wyjść.
Rozmowa się nie klei i gdzieś z tyłu głowy dźwięczy wahanie : dam rade ? pociągnę ?
W obu przypadkach słyszę często po fakcie , że było dobrze, że zaufali, że wyrazistością zagarnęłam ich uwagę, że oni ze mną dadzą rade, że dam radę z nimi ja.
W obu przypadkach sztuka.
W jednym sztuka udawania.

wtorek, 16 czerwca 2009

Psy naganki


(...)czwarta ranna godzina

jeszcze broczy, ale już ją dopadają
psy naganki
mnie niedługo pierwsze ptaki wygwiżdżą,
ciebie nie ma jak nie ma
i widzę lepiej było
na nockę
do portu tony nosić (..)

Edward S. "Przystępuję do ciebie "


O 3.30 patrzę w blady o świcie prostokąt okna. Na poduszce tuli się senny kot i patrzy na mnie z wyrzutem : dlaczego, no dlaczego tak wcześnie ?
Wyczekuję dźwięku budzika, który i tak nie jest mi już potrzebny. Opuszczam stopy nad podłogę i mówię : ok, no, ok, już czas.
Rozkładam ręce, biorę głęboki wdech i skaczę.
Prosto w ten dzień.

Przez kolejne trzysta kilometrów bezmyślnie zmieniam biegi, mielę słowa, które muszę wypowiedzieć, aby usłyszeć siebie. Lubię dać sobie czas na gniew, na żal, na decyzje.
Mam przed sobą całą zalaną deszczem A1 i kilkadziesiąt tirów do wyprzedzenia, aby nabrać dystansu do spraw, które mną zawładnęły. Myśli kłębią się we mnie jak psy naganki.
Na miejscu nieskończenie długie 8 godzin prezentacji, dwie krótkie przerwy na obchód budowy, i znów do papierów.
Skupienie, rysunki, słowa, jestem już taka zmęczona, że zalewam je kawą - może zmiękną ? Rzygam nimi. Rzygam tą kawą.
I powrót, i przez te same trzysta kilometrów układam sobie, porządkuję, daję sobie czas, na spacer wyprowadzam niesforne psy moich lęków.
Mam przecież przed sobą zalaną słońcem A1, i tiry nie zjechały jeszcze na nockę.

Taki dzień. Jeden z wielu, kiedy przywołuję na pomoc pokłady siły, których resztki trzymam w bagażniku razem z apteczką , trójkątem i kołem zapasowym. Tak na wszelki wypadek.
Będzie lepiej. Kiedyś.Może.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Po stłuczonym szkle, po lodzie kruchym

" (...) zawracaj koniczka, krew płynie z trzewiczka
Trzewiczek za mały, a prawdziwa narzeczona w domu zostawiona !"
`Kopciuszek`, J.W.Grimm

Czujesz, jak coś niedobrego czai ci się gdzieś za plecami. Obcy, zimny oddech gdzieś na karku. Trochę to tak, jakby bawić się po spód za pożyczone.
Za chwile ktoś zapuka, wystawi weksel, wyciągnie rękę i powie : oddawaj, dosyć tego dobrego, dość już, dość. Zgasną światła rampy, zapalą się na widowni i szatniarz zażąda numerka za zostawiony płaszcz z gronostajów. Kopciuszek gubi pantofelek, gdy wybije północ..
Kiedy przyjdzie D`day ?- myślisz - Kiedy ta bańka wreszcie pęknie, obnażając swoje śmierdzące wnętrzności ? - pytasz.

Myślę dziś o dniach, które dopiero przede mną. Boję się, co przyniosą.
Rzucę sobie koło ratunkowe : trzeba mieć miejsce, gdzie oprzesz plecy.
Tego miejsca dziś szukam. Dla pleców oparcia.
Nie tylko o północy.