- Trochę późno pani dziś przychodzi. Przecież pani wie, że w soboty pracujemy do 11- tej.
- Kot zaspał.
niedziela, 11 marca 2012
sobota, 10 marca 2012
Opowieśc z krainy przemocy
Wczoraj wieczorem w " Bookarni" spotkanie z Michałem Pauli, autorem "12 x śmierć. Opowieść z Krainy Uśmiechu". Tam zaciągnęła mnie lektura znakomitego tekstu z Magdy Grzebałkowskiej w DFormacie- "Wyrwany z klatki" ,
Niewielka przestrzeń wypełniona czytelnikami, po godzinie duszno, nie jak w Bang Kwang co prawda, gdzie autor przesiedział 6 lat za przemyt ecstasy, jednak wystarczająco, by zdławić niewygodne pytania, a niektóre uśpić.
Spotkanie dowiodło po co ludzie, którzy mają jakąś dobrą, soczystą historię ( lub życie warte słów ) nie piszą jej sami, tylko korzystają z ghost-writerów. Po powrocie do domu przeczytałam "12 x śmierć" od razu, w jeden wieczór, bo niestety jest to literatura, którą czyta się jednym okiem. Temat na znakomity reportaż, a zbudowany tak płytko, że aż boli. Na każdej stronie czuje się że autor pisarzem nie jest, brak mi tam zapachu potu, kurzu, rzygów, krwi. Brak mi uczuć, tęsknoty, refleksji, pióra. Brak mi literatury właśnie w literackim przecież temacie, który bez wątpienia jest kroniką autentycznych, wstrząsających przeżyć. Na dodatek niepomiernie jeszcze irytowały mnie wtręty rasistowskie, cały ten jakiś quasi - kolonialny ton białego w świecie "żółtków". Dla mnie dyskwalifikujące. Z jednej strony uzasadniona niechęć do Tajów i ich świata ( systemu penitencjarnego raczej ) - autor przeżył sześc bodaj najgorszych lat swojego życia, jednak z drugiej tekst autora "Duchy z Isan", w marcowym numerze "Poznaj Świat" .
- Czy masz syndrom sztokholmski ? zapytałam, nie dostałam odpowiedzi.
Czy Michał Pauli składa się z przeciwieństw ?
Może się czepiam, może znów za dużo chcę. Prócz tematu potrzebuję jeszcze literatury.
Niewielka przestrzeń wypełniona czytelnikami, po godzinie duszno, nie jak w Bang Kwang co prawda, gdzie autor przesiedział 6 lat za przemyt ecstasy, jednak wystarczająco, by zdławić niewygodne pytania, a niektóre uśpić.
Spotkanie dowiodło po co ludzie, którzy mają jakąś dobrą, soczystą historię ( lub życie warte słów ) nie piszą jej sami, tylko korzystają z ghost-writerów. Po powrocie do domu przeczytałam "12 x śmierć" od razu, w jeden wieczór, bo niestety jest to literatura, którą czyta się jednym okiem. Temat na znakomity reportaż, a zbudowany tak płytko, że aż boli. Na każdej stronie czuje się że autor pisarzem nie jest, brak mi tam zapachu potu, kurzu, rzygów, krwi. Brak mi uczuć, tęsknoty, refleksji, pióra. Brak mi literatury właśnie w literackim przecież temacie, który bez wątpienia jest kroniką autentycznych, wstrząsających przeżyć. Na dodatek niepomiernie jeszcze irytowały mnie wtręty rasistowskie, cały ten jakiś quasi - kolonialny ton białego w świecie "żółtków". Dla mnie dyskwalifikujące. Z jednej strony uzasadniona niechęć do Tajów i ich świata ( systemu penitencjarnego raczej ) - autor przeżył sześc bodaj najgorszych lat swojego życia, jednak z drugiej tekst autora "Duchy z Isan", w marcowym numerze "Poznaj Świat" .
- Czy masz syndrom sztokholmski ? zapytałam, nie dostałam odpowiedzi.
Czy Michał Pauli składa się z przeciwieństw ?
Może się czepiam, może znów za dużo chcę. Prócz tematu potrzebuję jeszcze literatury.
czwartek, 8 marca 2012
fotokanon i maszyna do pisania
Mój znakomity kolega ze Szkoły R., Andrzej Muszyński, tegoroczny ( i pierwszy ) laureat Stypendium Fundacji im. R. Kapuścińskiego na książkę reporterską powiedział w wywiadzie dla Peron4 tak :
" Maszynę fajną do pisania kupiłem, Traveler de Luxe. Ładnie wygląda, ładne dźwięki wydaje, ale raczej ze względów estetycznych ją kupiłem. Bo z tą estetyka to też jest słabo. Chodzimy po tych renesansowych starówkach i podziwiamy, jak to piękne rzeczy ludzie budowali, a my co mamy do pokazania potomnym? No co? Naprawdę, kombinuję mocno, ale nie przychodzi mi nic do głowy."
Zachwycił mnie przypadek tego tekstu, że akurat dziś na niego trafiłam, a nie dalej jak wczoraj miałam rozmowę z J. o wszechogarniającej modzie na fototapety we wnętrzach. Wciska się to badziewie wszędzie i panoszy (moje biuro też na tym polu nie raz zgrzeszyło),od salonu fryzjerskiego i biurowca po sypialnię, tanie toto, łatwe w obsłudze, dla oka przyjemne, no po prostu makdonaldyzacja wnętrz na całego. I choć zawsze powtarzam, że szybko, tanio i dobrze nie występuje w jednym zdaniu - tutaj ta zasada niestety nie obowiązuje. Jest szybko, jest tanio, dobrze też bywa. Dziś studenci architektury uczą się o złotych proporcjach i ćwiczą Bauhaus. Czego będą się uczyli o nas za sto lat ? Czy kanonem piękna wnętrz początku XXI wieku będzie zdjęcie och- ach toskańskiej uliczki w wysokiej rozdzielczości wyjebane na całą ścianę ?
Po rodzicach mam piękną maszynę do pisania, Continental. Brakuje jej Z i K, i wiecznie ma suchą taśmę, ale jak na taką staruszkę świetnie się trzyma.
Ma tez niezłą historię. Kiedy w 1945 zwycięska Armia Czerwona wyzwalała Puck, mój ojciec miał 16 lat i marzył o akordeonie. Zamieszanie końca wojny i początku nowego, lepszego świata było tak wielkie, że nikt nie zauważył chłopaka, który uciekał z płonącego komisariatu z czarnym, sztywnym pudłem pod pachą. Biegł co sił w nogach, szczęśliwy że wreszcie sobie zagra Serdeczna Matko na roratach w pobliskim kościele, i jakie było jego rozczarowanie, gdy w bezpiecznej kryjówce okazało się, że niechcący stał się posiadaczem nowiutkiego, szwabskiego Continentala.
Ojciec nigdy nie nauczył się pisać na komputerze. Owszem, co kilka tygodni zwabiał do domu kolejnego wnuka i cierpliwe pisał na kartce wszystkie polecenia z obsługi najprostszego wordowskiego edytora. Nigdy nie wytrzymywał jednak nawet pierwszej strony tej męki i wracał do maszyny. Pamiętam go jak siedzi w gabinecie, przy wielkim, dębowym biurku z rzeźbionymi głowami lwów, których bałam się jako dziecko, i na maszynie szybko wystukuje kolejne mowy pogrzebowe. Orator funeralny był z niego pierwsza klasa.
Dziś maszyna stoi w moim przedpokoju i czeka na gości, którzy wpiszą analogowego posta na zawsze wciągniętej kartce papieru.
Mógłby z tych przygodnych wpisów powstać niezły blog, gdybym tylko zadbała o moją maszynę i zafundowała jej jakiś przegląd. Zamiast tego kupuję kolejny komp do biura.
Trudno się obrażać na czas wygody, łatwo zapomnieć o starym Continentalu, co miał być akordeonem.
" Maszynę fajną do pisania kupiłem, Traveler de Luxe. Ładnie wygląda, ładne dźwięki wydaje, ale raczej ze względów estetycznych ją kupiłem. Bo z tą estetyka to też jest słabo. Chodzimy po tych renesansowych starówkach i podziwiamy, jak to piękne rzeczy ludzie budowali, a my co mamy do pokazania potomnym? No co? Naprawdę, kombinuję mocno, ale nie przychodzi mi nic do głowy."
Zachwycił mnie przypadek tego tekstu, że akurat dziś na niego trafiłam, a nie dalej jak wczoraj miałam rozmowę z J. o wszechogarniającej modzie na fototapety we wnętrzach. Wciska się to badziewie wszędzie i panoszy (moje biuro też na tym polu nie raz zgrzeszyło),od salonu fryzjerskiego i biurowca po sypialnię, tanie toto, łatwe w obsłudze, dla oka przyjemne, no po prostu makdonaldyzacja wnętrz na całego. I choć zawsze powtarzam, że szybko, tanio i dobrze nie występuje w jednym zdaniu - tutaj ta zasada niestety nie obowiązuje. Jest szybko, jest tanio, dobrze też bywa. Dziś studenci architektury uczą się o złotych proporcjach i ćwiczą Bauhaus. Czego będą się uczyli o nas za sto lat ? Czy kanonem piękna wnętrz początku XXI wieku będzie zdjęcie och- ach toskańskiej uliczki w wysokiej rozdzielczości wyjebane na całą ścianę ?
Po rodzicach mam piękną maszynę do pisania, Continental. Brakuje jej Z i K, i wiecznie ma suchą taśmę, ale jak na taką staruszkę świetnie się trzyma.
Ma tez niezłą historię. Kiedy w 1945 zwycięska Armia Czerwona wyzwalała Puck, mój ojciec miał 16 lat i marzył o akordeonie. Zamieszanie końca wojny i początku nowego, lepszego świata było tak wielkie, że nikt nie zauważył chłopaka, który uciekał z płonącego komisariatu z czarnym, sztywnym pudłem pod pachą. Biegł co sił w nogach, szczęśliwy że wreszcie sobie zagra Serdeczna Matko na roratach w pobliskim kościele, i jakie było jego rozczarowanie, gdy w bezpiecznej kryjówce okazało się, że niechcący stał się posiadaczem nowiutkiego, szwabskiego Continentala.
Ojciec nigdy nie nauczył się pisać na komputerze. Owszem, co kilka tygodni zwabiał do domu kolejnego wnuka i cierpliwe pisał na kartce wszystkie polecenia z obsługi najprostszego wordowskiego edytora. Nigdy nie wytrzymywał jednak nawet pierwszej strony tej męki i wracał do maszyny. Pamiętam go jak siedzi w gabinecie, przy wielkim, dębowym biurku z rzeźbionymi głowami lwów, których bałam się jako dziecko, i na maszynie szybko wystukuje kolejne mowy pogrzebowe. Orator funeralny był z niego pierwsza klasa.
Dziś maszyna stoi w moim przedpokoju i czeka na gości, którzy wpiszą analogowego posta na zawsze wciągniętej kartce papieru.
Mógłby z tych przygodnych wpisów powstać niezły blog, gdybym tylko zadbała o moją maszynę i zafundowała jej jakiś przegląd. Zamiast tego kupuję kolejny komp do biura.
Trudno się obrażać na czas wygody, łatwo zapomnieć o starym Continentalu, co miał być akordeonem.
podróż
Po blisko roku przerwy znów zaczynam. Po co ? sama nie wiem. znowu będę mnożyć znaki zapytania.
założyłam nowy szablon, żeby odświeżyć głowę i przewietrzyć słowa. ciekawe czy wrócą do mnie i jak dawniej staną przy mojej poduszce, gotowe do wstukania.
Steve Jobs mówił, że podróz jest nagrodą.
Pora w drogę.
założyłam nowy szablon, żeby odświeżyć głowę i przewietrzyć słowa. ciekawe czy wrócą do mnie i jak dawniej staną przy mojej poduszce, gotowe do wstukania.
Steve Jobs mówił, że podróz jest nagrodą.
Pora w drogę.
sobota, 12 marca 2011
Proszę przeszkadzać
Wczoraj dostałam list, który zaczynał się słowami „Warszawa słońcem zalana".
Dziś budzę się w łóżku, które stoi prawie na brzegu jeziora słońcem zalanego. Wokół bardzo cicho – wyglądam przez okno, ani żywej duszy, zamarznięta powierzchnia wody lśni spokojnie. Pusto, jakbym była ostatnim człowiekiem na ziemi, wszyscy wymarli, zniknęli, zapadli się gdzieś, a ja stoję w oknie i patrzę na unieruchomione porankiem światło.
Obok loki mojej córki cicho rozsypane na poduszce. Na oczach ma fioletową opaskę z napisem "Don`t disturb”.
Po co? Po co nie przeszkadzać ? Życie jest od przeszkadzania, lubię jak coś mnie ciągnie do nowego, burzy ustalony porządek, staje na drodze, ością w gardle, solą w oku, na przekór, wbrew, nie pozostawia obojętną.
Na lodzie połyskuje słońce, zza okna słyszę pierwsze tej wiosny ptaki. Jest jeszcze bardzo zimno, resztki śniegu wytapiają się z zarośli wokół brzegu. Marzy mi się bujność liści po drugiej stronie jeziora, korony drzew kołyszące się od ciepłego wiatru , zapach trawy. Zimą bardzo tęsknię za liśćmi. Po kilku długich, szarych miesiącach ta tęsknota jest prawie namacalna: pod wpływem nawet banalnego kadru z filmu, w którym pory roku są łaskawsze, już w lutym czuję fizyczną potrzebę zieleni wokół. Kalifornia ? RPA ? Wyspy Zielonego Przylądka ? Gdziekolwiek, byle wreszcie znów znaleźć utracony od listopada chlorofil. Byle już, jak najszybciej, najlepiej zaraz.
Przyjechałyśmy tu na weekend. Jezioro dalej stoi nieruchome, słońce na dobre już wzięło się za świecenie, ptaki szaleją. Uchylam okno, wciągam zimne powietrze. Próbuję obudzić H., chciałabym już wyjść z pokoju, poczuć na twarzy powietrze, odetchnąć wiosną. Jestem głodna.
wtorek, 1 marca 2011
moja płeć
"Najstraszniejsze dla rozwódki nie jest to, że wszyscy mężczyźni czują się w obowiązku proponować jej te rzeczy. Najgorsze, że skoro jesteś rozwódką, to uważają że romantyzm jest już niepotrzebny. Wcale nie zabiegają o to, abyś się w nich zakochała, nie prawią ci subtelnych komplementów, ale od razu proponują ci wszystko bez ogródek i jak najbardziej wulgarnie (...)."
Mario Vargas Llosa "Ciotka Julia i skryba".
Podobno marzeniem każdego mężczyzny jest młodsza o dwadzieścia lat kobieta.
Podobno mózg ma płeć.
Podobno nic dwa razy się nie zdarza.
Podobno Napoleon nosił rapier.
Podobno w nocy wszystkie koty są szare.
Składam się z zamyśleń. To na pewno.
Mario Vargas Llosa "Ciotka Julia i skryba".
Podobno marzeniem każdego mężczyzny jest młodsza o dwadzieścia lat kobieta.
Podobno mózg ma płeć.
Podobno nic dwa razy się nie zdarza.
Podobno Napoleon nosił rapier.
Podobno w nocy wszystkie koty są szare.
Składam się z zamyśleń. To na pewno.
sobota, 26 lutego 2011
świecka tradycja
Sygnał, raz, dwa, trzy- ... odbierze ? Czy znów schowany za wspomnieniami z wczoraj i lekami - lękami na jutro będzie odkładał chwilę rozmowy ?
A jednak. `Nowa świecka tradycja.`- mówi, lekko zdyszany, po trzech sygnałach. `Dawniej czekałem na piątek, bo w trójce był Mann, dziś czekam na piątkowy telefon od ciebie.`
Rozmawiamy, a ja myślę, jaką długą drogę przeszliśmy oboje od zdawkowej wymiany zdań przy konferencyjnym stole w jednym z biurowców. `Proszę się ze mną nie licytować`, powiedział wtedy.`Ja zawsze wygram w konkursie na najstraszniejsze życie`.
Dziś, kiedy mówi, że dzwonię już tylko ja i jeden, który ma gorzej od niego - serce staje mi na chwilę z żalu, by znów ruszyć nerwowym tempem do słuchania.
Tylko tyle mogę - posłuchać.
Tylko tyle umiem.
"Przyjaźń wystrzega się symetrii i handlowej ekwiwalencji.Polega na afirmacji i ufności, a nie na oczekiwaniu,że otrzyma się tyle, ile się da.To osobliwa wymiana, która nie liczy się z oczekiwaniami. (...) Jest szczęśliwym podarunkiem, który nie ma ani ceny, ani ciężaru, jaki można by zważyć i oszacować."
Cezary Wodziński w rozmowie z Aleksandrą Klich
A jednak. `Nowa świecka tradycja.`- mówi, lekko zdyszany, po trzech sygnałach. `Dawniej czekałem na piątek, bo w trójce był Mann, dziś czekam na piątkowy telefon od ciebie.`
Rozmawiamy, a ja myślę, jaką długą drogę przeszliśmy oboje od zdawkowej wymiany zdań przy konferencyjnym stole w jednym z biurowców. `Proszę się ze mną nie licytować`, powiedział wtedy.`Ja zawsze wygram w konkursie na najstraszniejsze życie`.
Dziś, kiedy mówi, że dzwonię już tylko ja i jeden, który ma gorzej od niego - serce staje mi na chwilę z żalu, by znów ruszyć nerwowym tempem do słuchania.
Tylko tyle mogę - posłuchać.
Tylko tyle umiem.
"Przyjaźń wystrzega się symetrii i handlowej ekwiwalencji.Polega na afirmacji i ufności, a nie na oczekiwaniu,że otrzyma się tyle, ile się da.To osobliwa wymiana, która nie liczy się z oczekiwaniami. (...) Jest szczęśliwym podarunkiem, który nie ma ani ceny, ani ciężaru, jaki można by zważyć i oszacować."
Cezary Wodziński w rozmowie z Aleksandrą Klich
Aktualna
"W tym wieku, to niełatwe", powiedziała.
W tym, czyli w jakim ? Starszym, gorszym, już niemożliwym ? Nie lubię tej kombinacji słów, bo jest w niej jakies wykluczenie, nic dobrego, gaszenie świec, podzwonne dla marzeń. Czy to wiek ułatwia nam jedne rzeczy, a uniemożliwia drugie ? Coś tracimy, zyskując inne, tylko to jest konstytutywne dla dojrzewania, umierania, życia wreszcie. Każdy wiek ma w sobie coś dobrego.
"Są mity, że ludzie wygasają.Otóż nie muszą wygasać. Znajdują takie formy, że fizyczność trwa.(...)"
Halina Bortnowska w wywiadzie dla "Wysokich Extra,marzec 2011 "
W tym, czyli w jakim ? Starszym, gorszym, już niemożliwym ? Nie lubię tej kombinacji słów, bo jest w niej jakies wykluczenie, nic dobrego, gaszenie świec, podzwonne dla marzeń. Czy to wiek ułatwia nam jedne rzeczy, a uniemożliwia drugie ? Coś tracimy, zyskując inne, tylko to jest konstytutywne dla dojrzewania, umierania, życia wreszcie. Każdy wiek ma w sobie coś dobrego.
"Są mity, że ludzie wygasają.Otóż nie muszą wygasać. Znajdują takie formy, że fizyczność trwa.(...)"
Halina Bortnowska w wywiadzie dla "Wysokich Extra,marzec 2011 "
poniedziałek, 14 lutego 2011
walę-tynki
Czy prawda i związki czynią życie lepszym, czy tylko czynią je możliwym ?
Dotychczasowe moje doświadczenia są złe. Wspomnienia mężczyzn, z którymi jakbym chodziła po polach minowych ich dzieciństwa, ich nadopiekuńczych matek, nieobecnych ojców, popapranych relacji, wycofania.
Knebel milczenia w związku jest najgorszą z możliwych form bycia razem. Nie wypowiedziane nie istnieje, więc nie musimy brać za nie odpowiedzialności.
Co może być gorsze od milczenia ? Już chyba tylko szybkostrzelne gadulstwo.
Dotychczasowe moje doświadczenia są złe. Wspomnienia mężczyzn, z którymi jakbym chodziła po polach minowych ich dzieciństwa, ich nadopiekuńczych matek, nieobecnych ojców, popapranych relacji, wycofania.
Knebel milczenia w związku jest najgorszą z możliwych form bycia razem. Nie wypowiedziane nie istnieje, więc nie musimy brać za nie odpowiedzialności.
Co może być gorsze od milczenia ? Już chyba tylko szybkostrzelne gadulstwo.
czwartek, 10 lutego 2011
Wyróżnienie

K. napisała tak :
Alejkę [wyróżniam] za to, że swoją uważnością nie pozwala zasnąć mojemu myśleniu.
Cóż na takie miłe słowa ?
Ja ostatnio może nie mniej uważna, lecz bardziej pozwalająca [sobie] zasnąć.
Dziękuję, K.
poniedziałek, 7 lutego 2011
Polka? Polka.
"Polka z sobą"
Miron Białoszewski
nie obda się wszystkich sobą
co chcą
co ja chcę?
ob się
nie dać się!
ob sobą
Dzwonią, piszą, esemesują, mówią do słuchawki, w twarz i między wierszami.
Gdzie jesteś, kiedy cię nie ma ? Gdzie byłaś, kiedy szukałam, szukałem?
A więc jestem własnością wspólną, słowem na niedzielę, czasem na nieoddanie, towarzyskim bon mot, unią europejską społecznych koniunkcji ? A więc jestem sobą - nietowarzyską, zatapiającą bliskość w chwilach ukradzionych czasowi, pracy, dzieciom. Nieodebranym połączeniem, nieodpisanym esemesem, piątkiem z białym winem, sobotą w piżamie i z filmem, niedzielą na Głównym, poniedziałkiem za krótkim.
Jestem dziś sobą.
Szczęśliwą na wczoraj, na mgnienie powiek, drgnięcie skrzydeł motyla, piasek pod powiekami, sól łez w gardle. Sobą jestem na pożyczenie i dziś nie oddanie.
Nie czekaj na mój telefon. Zadzwonię w chwili złej.
Niewdzięczna, dla najbliższych jak alfabet prosta, jak tabliczka mnożenia zrozumiała.
Nie obdam wszystkich sobą. Ledwie sama zdążę siebie obdać.
Miron Białoszewski
nie obda się wszystkich sobą
co chcą
co ja chcę?
ob się
nie dać się!
ob sobą
Dzwonią, piszą, esemesują, mówią do słuchawki, w twarz i między wierszami.
Gdzie jesteś, kiedy cię nie ma ? Gdzie byłaś, kiedy szukałam, szukałem?
A więc jestem własnością wspólną, słowem na niedzielę, czasem na nieoddanie, towarzyskim bon mot, unią europejską społecznych koniunkcji ? A więc jestem sobą - nietowarzyską, zatapiającą bliskość w chwilach ukradzionych czasowi, pracy, dzieciom. Nieodebranym połączeniem, nieodpisanym esemesem, piątkiem z białym winem, sobotą w piżamie i z filmem, niedzielą na Głównym, poniedziałkiem za krótkim.
Jestem dziś sobą.
Szczęśliwą na wczoraj, na mgnienie powiek, drgnięcie skrzydeł motyla, piasek pod powiekami, sól łez w gardle. Sobą jestem na pożyczenie i dziś nie oddanie.
Nie czekaj na mój telefon. Zadzwonię w chwili złej.
Niewdzięczna, dla najbliższych jak alfabet prosta, jak tabliczka mnożenia zrozumiała.
Nie obdam wszystkich sobą. Ledwie sama zdążę siebie obdać.
poniedziałek, 24 stycznia 2011
Drobiazgowa
No przecież obiecałaś sobie. Że nie będziesz już liczyć drobiazgów i włosów na głowie, pustego portfela do jutra, brudnej szklanki na brzegu zlewu. Nie miałaś już bezsennie przewracać się po poduszce ledwie zwiastującej tępy ucisk gdzieś za uszami.
Obiecałaś sobie spokój.
A jednak znów niedostrzegalnie, podstępnie wygrzebuje się do ciebie spod spokoju - niepokój. A może winna jest noc za krótka, niedospany ranek, głód , który zapomniałaś nakarmić ?
I potem tylko mały wypadek, drobna pomyłka w ciągu zdarzeń, nieprzewidziana sekwencja ruchów: za wcześnie hamulec, za późno sprzęgło, za ślisko na jezdni, za mało pomiędzy, cieniutka warstwa lodu na czarnym asfalcie.To tylko małe uderzenie, nic wielkiego, spisanie kilku słów na pomiętej kartce : skrzyżowanie, zderzak, sprawca, winien, ma. To przecież głupstwo, fraszka- igraszka, zabawka blaszana. Drobiazg.
A potem tylko ciemno w sali kinowej i obraz najlepszy i najbardziej przygnębiający z ostatnio widzianych : "Czarny Łabędź". Zazdrość bez kary, rywalizacja bez winy.
Okrucieństwo. Krew.
I czy dziwne jest, że po tej niedzieli przyszedł ci jakiś smutny poniedziałek ?
Obiecałaś sobie spokój.
A jednak znów niedostrzegalnie, podstępnie wygrzebuje się do ciebie spod spokoju - niepokój. A może winna jest noc za krótka, niedospany ranek, głód , który zapomniałaś nakarmić ?
I potem tylko mały wypadek, drobna pomyłka w ciągu zdarzeń, nieprzewidziana sekwencja ruchów: za wcześnie hamulec, za późno sprzęgło, za ślisko na jezdni, za mało pomiędzy, cieniutka warstwa lodu na czarnym asfalcie.To tylko małe uderzenie, nic wielkiego, spisanie kilku słów na pomiętej kartce : skrzyżowanie, zderzak, sprawca, winien, ma. To przecież głupstwo, fraszka- igraszka, zabawka blaszana. Drobiazg.
A potem tylko ciemno w sali kinowej i obraz najlepszy i najbardziej przygnębiający z ostatnio widzianych : "Czarny Łabędź". Zazdrość bez kary, rywalizacja bez winy.
Okrucieństwo. Krew.
I czy dziwne jest, że po tej niedzieli przyszedł ci jakiś smutny poniedziałek ?
piątek, 21 stycznia 2011
Czekając na anioła
***
moim sąsiadem jest anioł
on strzeże ludzkich snów
dlatego wraca późno do domu
na schodach słyszę dyskretne kroki
i szelest
zwijanych skrzydeł
on rano staje w moich drzwiach
otwartych na oścież
i mówi:
twoje okno znowu
świeciło długo
w noc
Halina Poświatowska
****
Uczę się spokojnego snu. Mam już na tym polu sukcesy.
moim sąsiadem jest anioł
on strzeże ludzkich snów
dlatego wraca późno do domu
na schodach słyszę dyskretne kroki
i szelest
zwijanych skrzydeł
on rano staje w moich drzwiach
otwartych na oścież
i mówi:
twoje okno znowu
świeciło długo
w noc
Halina Poświatowska
****
Uczę się spokojnego snu. Mam już na tym polu sukcesy.
niedziela, 16 stycznia 2011
En vogue
Zakończyliśmy. Po tylu godzinach spędzonych razem nad słowami mamy już dla siebie wzajem słów zaledwie kilka.
`Napisz, odezwij się, nie zapomnij, zadzwoń, pamiętaj.`
Byliśmy pierwszym rokiem PSR, i jak szczury szukające kija my pływaliśmy w poszukiwaniu drogi wyjścia na następne kilka lat. Dla niektórych może na całe życie ?
Więc ( `zawsze marzyłem, by rozpocząć tekst od "więc" powiedział wczoraj MSzcz przy redakcji tekstu jednego z kolegów) - teraz jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy podobno nauczeni i pora nam w drogę.
Sobotnie zajęcia w strugach warszaffskiego deszczu. Wlokę tembur przez Warszawę : moja wierna walizka na kółkach zgrabnie omija kałuże, poprawiam czapkę, ostatni raz chyba szukam w portfelu biletu, z zimna drętwieją mi palce, ze smutku twardnieje mi tętno. Na przystanku pan w brudnej kurtce pali papierosa, w autobusie pijany nastolatek spada z siedzenia wprost pod moje nogi. Jest dziewiąta rano czasu środkowoeuropejskiego a ja zaczynam ostatnie w tym blisko rocznym festiwalu wzruszeń zajęcia : Teresa Torańska.
"Nie ma pytań, których nie można zadać" - mówi - " To jak w związku, jak w małżeństwie : nie wolno wszystkiego wykrzyczeć, bo ślad po tym zostaje, a potem nie można nic cofnąć. Pytania trudne, okrutne zdawajcie cicho. Zmieniajcie tych pytań ton."
A potem ( ... zawsze chciałam zacząć zdanie od " a potem") już tylko ostatnie godziny razem w wysokobudżetowym mieszkaniu Jednej z Nas na Powiślu - suhi, wino i tort, trochę słów, kilka uścisków, dla niektórych mach trawki i papieros w zmarzniętej dłoni na balkonie. Pożegnalna impreza pierwszoroczniaków.
"Rozprawiczyliśmy się przez ten rok, czyż nie? " pytam bezgłośnie, bo moje usta nie wypowiadają żadnych słów, jestem unieruchomiona, skamieniała w środku, zastygła żalem, tęsknotą już dziś za czymś, za czym dopiero przyjdzie mi zatęsknić.
Do jakiej perfekcji doprowadziłam sztukę udawania, skoro żal za wami trzyma mnie jeszcze przez kolejne trzysta kilometrów w drodze na północ, do domu, do dzień - w - dzień, do samotności ?
"Moje serce jest twoje, a jest twoje moje ?"
wtorek, 11 stycznia 2011
question mark
Pakuję walizkę spotkań, smaruję chleb na drogę litanią przypomnień, wygładzam niewidzialne fałdy na spódnicach mojej wyobraźni. Ostatni raz wyjeżdżam do Szkoły.
Przez rok co miesiąc te same czynności : kosmetyczka, torba, piżama, słowa rzucone pod poduszki śpiących w czwartek nad ranem : `pa, uważajcie, będę w sobotę`.
A potem miesięczny cykl nieudanych tekstów, menstruacja pomysłów. I radość, drżenie rąk, bicie serca, kanapki przed Płońskiem, stromy chłód schodów pod Pałacem Kultury, ciotka stojąca nocą w otwartych drzwiach na piątym pietrze kamienicy na Ochocie : `jesteś wreszcie, jadłaś ?`
Pytania. Zakręcony czarny znaczek na końcu zdania jest mi szubienicą, stryczkiem na którym wieszam moją głowę pustą. Trochę to tak, jakbym już nie umiała sama znaleźć na nic odpowiedzi, jakbym była kaleką decyzji, magazynierem pustych półek, czerwoną flagą szminki co łopocze zwycięsko nad przegranymi moimi ustami.
Jakbym sama siebie nie umiała przewidzieć.
Smutno, że jadę tam ostatni raz.
Przez rok co miesiąc te same czynności : kosmetyczka, torba, piżama, słowa rzucone pod poduszki śpiących w czwartek nad ranem : `pa, uważajcie, będę w sobotę`.
A potem miesięczny cykl nieudanych tekstów, menstruacja pomysłów. I radość, drżenie rąk, bicie serca, kanapki przed Płońskiem, stromy chłód schodów pod Pałacem Kultury, ciotka stojąca nocą w otwartych drzwiach na piątym pietrze kamienicy na Ochocie : `jesteś wreszcie, jadłaś ?`
Pytania. Zakręcony czarny znaczek na końcu zdania jest mi szubienicą, stryczkiem na którym wieszam moją głowę pustą. Trochę to tak, jakbym już nie umiała sama znaleźć na nic odpowiedzi, jakbym była kaleką decyzji, magazynierem pustych półek, czerwoną flagą szminki co łopocze zwycięsko nad przegranymi moimi ustami.
Jakbym sama siebie nie umiała przewidzieć.
Smutno, że jadę tam ostatni raz.
Bez fikcji
Przyjaciółka ze Szkoły napisała książkę.
Premiera w marcu , w Wydawnictwie Czarne.
Już teraz gorąco polecam, bo znam autorkę i wiem, że "Reporterzy bez fikcji" będą niezłą lekturą.
Premiera w marcu , w Wydawnictwie Czarne.
Już teraz gorąco polecam, bo znam autorkę i wiem, że "Reporterzy bez fikcji" będą niezłą lekturą.
Salto
Zima spina ręce w lodowym uścisku, a mnie ciepło. Za wcześnie jest marzyć o wiośnie, ale to samo się staje. Co rano budzę się z głową pełną dobrych snów, cóż z tego że było ich ledwie kilka.
"Z krucyfiksu co noc patrzy się na nią
kiedy składa na pół sukienkę tanią
Nie powie nic kiedy znów
Włoży ją rano
Wszystko już o niej wie
Tani stróż anioł."
Strachy na lachy
"Z krucyfiksu co noc patrzy się na nią
kiedy składa na pół sukienkę tanią
Nie powie nic kiedy znów
Włoży ją rano
Wszystko już o niej wie
Tani stróż anioł."
Strachy na lachy
poniedziałek, 3 stycznia 2011
Dygot
piątek, 31 grudnia 2010
Ciepłego nie tylko lata
Biorę z półki książkę - "Farba znaczy krew" Zenona Kruczyńskiego.
Doskonale pamiętam moment, kiedy ją kupiłam. Był luty , a ja wybierałam się na pierwszy zjazd PSR i rozpaczliwie szukałam tematów na reportaż o Polsce 2010. Wśród kilku kandydatów ( kandydatek ? ) były żony myśliwych.
Patrzę na okładkę, na białym śniegu plamy krwi, wącham niezaczytane strony.
Przyjaciele pocieszali : przecież to takie fantastyczne, jedziesz po nowe, sukces, sama chciałaś, uśmiechnij się wreszcie. Ja po cichu odprawiałam swoje modły nad otwartą walizką i panika podchodziła mi do gardła mokrą szmatą. Czy dam radę, nie zbłaźnię się, wytrzymam, pociągnę ?
No i minął ten rok - pisania ( lub raczej - pisania mało ), słuchania, poznawania. Wątpliwości, słabości, zniechęcenia, niemocy. Starań, doznań, chybień i trafień.
Przy składaniu życzeń przyjaciel powiedział mi ostatnio : "od lutego byłaś prawie monotematyczna, ale warto było."
Spędziłam ten rok samotnie i spokojnie, a bliscy wytrzymali moją jednowymiarowość. Coś się zmieniło, bezpowrotnie, nieodwołalnie, na dobre. Wygaszam firmę, chodzę po nowych śladach, szukam. Już nic nie będzie takie samo.
2010 był dla mnie Rokiem Nowego.
Jako wróżbę otwieram więc dziś Kruczyńskiego na stronie 20 - linijka 11 ( magia liczb ) i czytam:
" ciepłe lato".
I tyle. Dwa słowa.
Więc takie mam życzenia dla Was i dla siebie - ciepłego 2011.
Doskonale pamiętam moment, kiedy ją kupiłam. Był luty , a ja wybierałam się na pierwszy zjazd PSR i rozpaczliwie szukałam tematów na reportaż o Polsce 2010. Wśród kilku kandydatów ( kandydatek ? ) były żony myśliwych.
Patrzę na okładkę, na białym śniegu plamy krwi, wącham niezaczytane strony.
Przyjaciele pocieszali : przecież to takie fantastyczne, jedziesz po nowe, sukces, sama chciałaś, uśmiechnij się wreszcie. Ja po cichu odprawiałam swoje modły nad otwartą walizką i panika podchodziła mi do gardła mokrą szmatą. Czy dam radę, nie zbłaźnię się, wytrzymam, pociągnę ?
No i minął ten rok - pisania ( lub raczej - pisania mało ), słuchania, poznawania. Wątpliwości, słabości, zniechęcenia, niemocy. Starań, doznań, chybień i trafień.
Przy składaniu życzeń przyjaciel powiedział mi ostatnio : "od lutego byłaś prawie monotematyczna, ale warto było."
Spędziłam ten rok samotnie i spokojnie, a bliscy wytrzymali moją jednowymiarowość. Coś się zmieniło, bezpowrotnie, nieodwołalnie, na dobre. Wygaszam firmę, chodzę po nowych śladach, szukam. Już nic nie będzie takie samo.
2010 był dla mnie Rokiem Nowego.
Jako wróżbę otwieram więc dziś Kruczyńskiego na stronie 20 - linijka 11 ( magia liczb ) i czytam:
" ciepłe lato".
I tyle. Dwa słowa.
Więc takie mam życzenia dla Was i dla siebie - ciepłego 2011.
czwartek, 30 grudnia 2010
Wdowi grosz
Na środku białego korytarza wykopanego w hałdach śniegu klęczy bezdomny.
Właściwie klęczy na chodniku, ale wśród tej miejskiej białości z nieba trudno znaleźć granicę między chodnikiem, jezdnią, krawężnikiem, psim kiblem. Trudno klęczeć zimą. Przechodzący popychają go, szturchają, w ekwilibrystce śliskiej nawierzchni próbują zgrabnie ominąć zakutany w szmaty kształt.
Do klęczenia wybrał najdziwniejsze z możliwych miejsc - przed barem mlecznym. Bo czy nie łatwiej jest żebrać przed centrum handlowym, jubilerem, kantorem, delikatesami, sklepem narciarskim, biurem podróży ? Dlaczego w proszącym geście wyciąga brudny kartonik właśnie tu, gdzie większość stołujących przychodzi jak na ledwie płatną wigilię Caritasu ?
Więc może bieda przyciąga biedę ? Bieda biedzie pomaga, wspiera, za uszy ciągnie, biedą obdarza ? Może łatwiej dzielić się jak nie mamy nic ? Również do stracenia.
Kartonik w zmarzniętej dłoni jest pusty.
Właściwie klęczy na chodniku, ale wśród tej miejskiej białości z nieba trudno znaleźć granicę między chodnikiem, jezdnią, krawężnikiem, psim kiblem. Trudno klęczeć zimą. Przechodzący popychają go, szturchają, w ekwilibrystce śliskiej nawierzchni próbują zgrabnie ominąć zakutany w szmaty kształt.
Do klęczenia wybrał najdziwniejsze z możliwych miejsc - przed barem mlecznym. Bo czy nie łatwiej jest żebrać przed centrum handlowym, jubilerem, kantorem, delikatesami, sklepem narciarskim, biurem podróży ? Dlaczego w proszącym geście wyciąga brudny kartonik właśnie tu, gdzie większość stołujących przychodzi jak na ledwie płatną wigilię Caritasu ?
Więc może bieda przyciąga biedę ? Bieda biedzie pomaga, wspiera, za uszy ciągnie, biedą obdarza ? Może łatwiej dzielić się jak nie mamy nic ? Również do stracenia.
Kartonik w zmarzniętej dłoni jest pusty.
środa, 29 grudnia 2010
zimowy brewiarz
Polukrowane lodem gałęzie dębu za moim oknem wydają dziwny dźwięk. Dzyń - dzyń, pocierają się wzajem, trzeszczą, dzwonią. Przyszła odwilż. Tylko patrzeć, jak śnieg zamieni się w wartkie strumyki, które bezlitośnie moczą buty, by nad ranem znów zastygnąć w lodowe potoki.
Dzyń - dzyń. Zima. Dziwna tego roku. Przypomina mi dzieciństwo, kiedy z przyjaciółką biegałyśmy po zamarzniętym sopockim parku do utraty tchu, po kolana w białych igiełkach. W śpiących od sezonu kasach na molo podawałyśmy sobie nieistniejące bilety, a mróz nieruchomił nasze palce sztywną klamrą.
Dziwna zima. Nieustępliwa, skuta, w lodowej sukience brnąca, trudniejsza. Od takiej zdążyliśmy się już odzwyczaić. A jednak wolę ją od bezpłciowych, wilgotnych wieczorów, mglistych poranków, brudnej pluchy grudnia, czarnego stycznia, niewyraźnego lutego.
Wolisz konkret ? - zapytałeś dziś.
O tak, wolę jasne sytuacje. Stan oczekiwania nie jest mi stanem łatwym. Wahania, niepewność, przepowiedziane lęki - mam je na co dzień, znane powinny mi być jak księdzu brewiarz, jednak - czemu ciągle tak mi trudno z nimi żyć ?
Zima niech będzie zimą : minus dziesięć, lód, śnieg, ciemność. Amen.
Czy `amen` oznacza : `niech się stanie` ?
Dzyń - dzyń. Zima. Dziwna tego roku. Przypomina mi dzieciństwo, kiedy z przyjaciółką biegałyśmy po zamarzniętym sopockim parku do utraty tchu, po kolana w białych igiełkach. W śpiących od sezonu kasach na molo podawałyśmy sobie nieistniejące bilety, a mróz nieruchomił nasze palce sztywną klamrą.
Dziwna zima. Nieustępliwa, skuta, w lodowej sukience brnąca, trudniejsza. Od takiej zdążyliśmy się już odzwyczaić. A jednak wolę ją od bezpłciowych, wilgotnych wieczorów, mglistych poranków, brudnej pluchy grudnia, czarnego stycznia, niewyraźnego lutego.
Wolisz konkret ? - zapytałeś dziś.
O tak, wolę jasne sytuacje. Stan oczekiwania nie jest mi stanem łatwym. Wahania, niepewność, przepowiedziane lęki - mam je na co dzień, znane powinny mi być jak księdzu brewiarz, jednak - czemu ciągle tak mi trudno z nimi żyć ?
Zima niech będzie zimą : minus dziesięć, lód, śnieg, ciemność. Amen.
Czy `amen` oznacza : `niech się stanie` ?
niedziela, 26 grudnia 2010
Nocą w scrabble

Jestem jak elfka z gry komputerowej - co noc dostaję dwa życia. Zresztą - czy elfy w ogóle maja jakieś życia ? O grach wiem nic - zawsze mierził nie ten onanizm umysłowy przed ekranem monitora, to klikanie, strzelanie, podglądanie, ten pożeracz czasu i myśli. Mentalne uzależnienie od życia, które nie jest ani własnym, ani cudzym.
Kiedyś potrafiłam jedynie uzależnić się od scrabble. Po wieczornej partyjce z dziećmi całe noce w półśnie układałam na zielonej planszy literki , tworzyłam nowe słowa, szukałam najlepszych kombinacji.
Męczący alfabet o północy, abecadło pogubionych znaczeń, słowna Akademia Pana Kleksa.
O moim śnie też wiem nic. Budzę się co godzina, równo, sharp : 1.00, 2.00, 3.00.., ... 6.00, pora wstawania. Co godzina przeżywam dzień na nowo, żeby za chwilę znów zasnąć i wrócić do tego, co minął. W mdłym świetle latarni za oknem patrzę na zegarek, przeklinam wskazówki zatrzymane na pełnej, biorę łyk wody ze szklanki na stoliku, spotykam ludzi, których dziś dotknęłam i posłuchałam. Zamieniam z nimi kilka słów, by.. znów zasnąć. Na sześćdziesiąt najkrótszych w całej dobie minut.
Czy mam dwa życia - to z jawy i te zjawy ? Które jest prawdziwe ?
Proszę, niech ktoś wreszcie nauczy mnie spać.
Insomnia.
sobota, 25 grudnia 2010
sztuka odnowa

Od Grażyny Rigall, znakomitej malarki i ilustratorki, mojej koleżanki - dostałam kartkę na Święta. Na pewno byłoby jej miło, że dzielę się z Wami jej talentem.
wtorek, 21 grudnia 2010
tęsknię za kolejnym dniem
Claude Hooper Bukovski wylądował w Central Parku, NY wprost z rodzimego - bodaj - Teksasu.
I tak oto on, chłopak nieśmiały, w dżinsach w kant wycięty, lepkiego patriotyzmu pełny, w sztywnym kołnierzyku, kowbojskim kapeluszu, wśród ujaranych dzieci- kwiatów, zanucił krishna, krishna, hare, hare.. Odkrył świat , którego istnienia do tej pory nie miał nawet szansy podejrzewać. Zamienił siodło na kolorową opaskę, chomąto na oddech, kondom na ciążę.
To ja jestem Claude Hooper Bukovski. Poleciałam z ziemi konkretu pod niebo słów.
`Co ci dała ta Szkoła ?` pytają. `Czy nauczyłaś się pytać ? Słuchać ? Pisać ? Czy zdanie łatwiej ci wychodzi spod palców, znajdujesz lepsze słowa dla nastroju, który zaledwie przeczuwasz ? Rozpoznajesz rytmy, wstawiasz akapity, porzucasz imiesłowy, oszczędnie dawkujesz przymiotniki ? Czy umiesz już znaleźć formę, lead z tekstu wyłowić, śródtytuł wstawić ? W mocnym tytule zamkniesz treść ?
Czy dziś wróciłabyś do tego, co zaledwie przed rokiem ?
Jeszcze nie umiem. Nie, nie wróciłabym.
To ja jestem Claude Hooper Bukovski, Anno 2010.
Doświadczyłam nieznanego, stopą o nienagannym pedicure dotknęłam grząskiej terra incognita . Mój Central Park zaludniają ludzie, których jestem ciekawa. Świadoma własnych ograniczeń zanurkowałam i chociaż nie zobaczyłam tylko czystego dna, chociaż mój Central Park okazał się być miejscami zachwaszczony, alejki kręte, a staw bagienny - cieszę się, że w ogóle mogę tam pływać.
Było mi dane spotkać i posłuchać ludzi, o których istnieniu mówił mi do tej pory jedynie biogram na okładce. Wzięłam udział w czymś, o czym nie osmieliłabym się kiedys marzyć.
Czy to za mało, by nadal tęsknić za kolejnym dniem ?
Lubię mój brak krytycyzmu. Daje nadzieję.
I tak oto on, chłopak nieśmiały, w dżinsach w kant wycięty, lepkiego patriotyzmu pełny, w sztywnym kołnierzyku, kowbojskim kapeluszu, wśród ujaranych dzieci- kwiatów, zanucił krishna, krishna, hare, hare.. Odkrył świat , którego istnienia do tej pory nie miał nawet szansy podejrzewać. Zamienił siodło na kolorową opaskę, chomąto na oddech, kondom na ciążę.
To ja jestem Claude Hooper Bukovski. Poleciałam z ziemi konkretu pod niebo słów.
`Co ci dała ta Szkoła ?` pytają. `Czy nauczyłaś się pytać ? Słuchać ? Pisać ? Czy zdanie łatwiej ci wychodzi spod palców, znajdujesz lepsze słowa dla nastroju, który zaledwie przeczuwasz ? Rozpoznajesz rytmy, wstawiasz akapity, porzucasz imiesłowy, oszczędnie dawkujesz przymiotniki ? Czy umiesz już znaleźć formę, lead z tekstu wyłowić, śródtytuł wstawić ? W mocnym tytule zamkniesz treść ?
Czy dziś wróciłabyś do tego, co zaledwie przed rokiem ?
Jeszcze nie umiem. Nie, nie wróciłabym.
To ja jestem Claude Hooper Bukovski, Anno 2010.
Doświadczyłam nieznanego, stopą o nienagannym pedicure dotknęłam grząskiej terra incognita . Mój Central Park zaludniają ludzie, których jestem ciekawa. Świadoma własnych ograniczeń zanurkowałam i chociaż nie zobaczyłam tylko czystego dna, chociaż mój Central Park okazał się być miejscami zachwaszczony, alejki kręte, a staw bagienny - cieszę się, że w ogóle mogę tam pływać.
Było mi dane spotkać i posłuchać ludzi, o których istnieniu mówił mi do tej pory jedynie biogram na okładce. Wzięłam udział w czymś, o czym nie osmieliłabym się kiedys marzyć.
Czy to za mało, by nadal tęsknić za kolejnym dniem ?
Lubię mój brak krytycyzmu. Daje nadzieję.
niedziela, 19 grudnia 2010
Kwiatuszek

Po dziesięciu miesiącach Szkoły, siedmiu miesiącach zbierania materiałów, kilkunastu godzinach rozmów, kilkudziesięciu stronach przepisanych wywiadów, niepoliczonych tysiącach znaków.
Po dniach pełnych strachu przed nieznanym, nocach nieprzespanych od wątpliwości, porankach z kacem ciężkich myśli. Po telefonach które wykonałam z lękiem, rozmowach, które przeprowadziłam bez planu, i tych, których przeprowadzić nie mogłam, nie zdołałam, zaniechałam, nie potrafiłam.
Z nadzieją, dumą, niepewnością - prezentuję Wam wreszcie mój debiutancki reportaż "Kwiatuszek"
Wszystkim wspierającym - dziękuję.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

