sobota, 31 lipca 2010

tatuaż

- Musi ją pani ostrzyc. Ogolić króciutko, będzie się lepiej czuła, zobaczy pani. To nawet ładnie wygląda : zostawia się łapki, główkę, i ogonek. Proszę ją ogolić i przyjśc na pobranie krwi za trzy tygodnie - orzekł stanowczo wielki Doolittle w Lecznicy.
No to dzwonię, szukam, sprawdzam.. Kto zostawi mojej kotce `łapki, główkę i ogonek`, bezstresowo, spokojnie, nie pozwalając na wydrapanie sobie oczu ? Szukam i znajduję Izabelę.
Izabela od Psów i Kotów jest drobna, ciemna, szczupła, po trzydziestce. Niewielki zakład - pokoik właściwie - pełen szczotek i szamponów prowadzi w suterenie bloku na jednym z gdyńskich osiedli. Przez telefon pyta : jak imię kotka ? Proszę przyjść w środę, jak nie zdążymy w jeden dzień to pani przywiezie jeszcze raz, to nie ma wpływu na cenę. Ja nie usypiam, kotek zrozumie.
Na pewno zrozumie. Gdyby jednak nie zrozumiał - zaopatruję się w stare rękawiczki ( nie mam długich, sokolniczych) i dżinsową kurtkę od złego pazura. No to przychodzę , wyciągam z klatki kupkę najeżonego, wielkookiego lęku, a Izabela zaczyna swoją mantrę : proszę jej nie szarpać, ona musi poznać, kotka trzeba delikatnie, o, tak, niech się przyzwyczai, popatrzy w lustro...
Fachowo zabiera się za golenie, kotka stoi na drżących łapach, chyba patrzy w lustro i ani mrugnie. Izabela goli i gada :
- .. ludzie czasem tu zachodzą i straszą : nie boi się pani, sama tak , w tej piwnicy ? Nie boję się, bo czego się mam bać ? Kiedyś pod wieczór wchodzi tu do mnie jeden facet. Łysy taki, ogolony, szeroki kark, keta złota na szyi.. Trochę się zlękłam, przez to gadanie ludzkie, a on wyjmuje spod skórzanej kurtki pudelka, maciupeńkiego takiego. `Tatuś wróci`, mówi do pieska.. `Tatuś tu wróci za godzinkę`. Biorę pudelka - a on ma paznokcie na różowo pomalowane ! Teraz pani tu tak na drugi boczek przytrzyma...
- Innym razem jedna babka, bo ja zawsze przez telefon pytam : imię ? Imię zapisuję zwierzaka, inaczej bym się nie połapała, nie ? Więc ona mówi
`Daria.`
Daria to Daria, ja już się przyzwyczaiłam do najdziwniejszych imion, ale biorę tego zwierzaka, strzygę, macam, a on ma jajeczka ! Jak pani po niego wróciła, mówię :
`Daria był grzeczny`. A babka patrzy na mnie tak dziwnie : "Daria to ja".
- O, widzi pani - kotek jak nowy. Niech jej pani tak teraz przednie łapki rozłoży, na `alleluja` ! I jeszcze główkę poprawię, na lwa..
Ludzie mówią, że jak raz już ostrzygą, to zawsze będą przychodzili.. To niech pani dzwoni jakby co.
Jakby co, to zadzwonię.
W pierwszym szoku nowej fryzury nasza druga kotka nie poznała ogolonej i festiwal odrzucenia trwał kilka dni. Prychanie, syczenie, obraza, odmowa jedzenia i picia. Minęło.
Kotka zadowolona, z utratą starej sierści dostała nowe życie. Jest miękka, pluszowa, pachnąca. Szara i filcowa jak mały króliczek. Wszyscy chcą jej dotknąć, wszyscy ją głaszczą, a ona , po ośmiu latach prawie autystycznego lęku przed dotykiem - wyszła do świata.
Czy i z nami zawsze tak jest ? Czy to nasz wewnętrzny opór przed ludźmi odpycha nas od nich, czy tylko my, widziani inaczej, prowokujemy blokadę na świat, której tak naprawdę nie ma ?

Dziś w naszym Klubie Książki czytamy "Franny i Zooey" Salingera. Lektura o niepogodzeniu ze światem, poczuciu nad tym światem wyższości ? A może raczej pretensjonalne, sofistyczne wywody młodych, którzy odrzucają świat inny od własnego ?

"(...) wina jest w nas - powtórzył Zooey. - Jesteśmy dwa dziwolągi i w tym cała bieda (...). Jesteśmy jak tatuowana kobieta, nie mamy chwili spokoju i nie spoczniemy do końca życia, póki wszyscy dookoła także nie dadzą sobie zrobić tatuażu. (...)"

( zdjęcie nie mojej Kotki, ale wygląda tak samo :)

niedziela, 25 lipca 2010

Kwiat z księżyca

Dzisiejsza pogoda przypomina mi Kanadę : chłodno, rześko, przejrzyście po nocnym deszczu. Świeży zapach w powietrzu, soczysta zieleń wokół. Kanadyjskie lato 2000, 2007., jesień 2005. W Vancouver zawsze byłam głodna. Oczywiście jedzenia było wszędzie pełno : w domu, na ulicach, w restauracjach, do których chętnie zapraszał M. Stoły targowe na Granville Island uginały się pod ciężarem owoców morza i ziemi, skośnoocy sprzedawcy ze wszystkich stron świata zachwalali towar, niemieccy producenci kiełbas dawali na spróbowanie co lepsze kąski, żydowscy kupcy oferowali koszerne pierogi i humus. trudno mi rozstrzygnąc czy był to głód znanych smaków, czy raczej tęsknota za oswojonym - dość, że odczuwałam dziwne nienasycenie, a z nim smutek. Na redzie kołysały się duchy białych promów, płynących daleko, na Alaskę, w powietrzu sól, mewy na Marine Walk jak białe znaki zapytania skaczące w chłodnym powietrzu.
W Kanadzie najmocniej tęskniłam za Polską, której czasem nie lubię. Za Polską, która męczy, przygniata, drażni, odrzuca. Czasem uniemożliwia, osamotnia. Za krajem , gdzie "(...) kwiaty daje się niemal przy każdej prywatnej i publicznej okazji; lśnią na tle zimowej szarości i sterylnej, komunistycznej estetyki niczym latarnie przyjaźni" ( Michael Moran, "Kraj z Księżyca", s. 39 - gorąco polecam ! ) .
Dzisiejsza chmurna niedziela nastraja sentymentalnie. Leżę w łóżko, piszę, koty chrapią na poduszkach, a ja mam pomysł na tekst o kwiatach i Polsce, którego nie mogę zrobić. Coraz trudniej mi łączyć realność z marzeniami, rachunki do zaplacenia z tekstami, na które czasu wciąż za mało. Zamiast słów - znaczki na planach mieszkań, zamiast akapitów - excelowskie tabele zestawień .
Czy jestem leniwa, czy tylko zmęczona ? Czy refleksyjna, czy po prostu w średnim wieku ? Napiszę ten tekst, i poprzedni i kolejny. Już niedługo, za chwilę, kiedy tylko wysiądę z tej rakiety, co wiezie mnie na kraj z Księżyca.

sobota, 24 lipca 2010

Smak kremu do rąk

.. czyli rozmowy z moją córką, 2.

- Babcia mnie zawsze pyta, czy umiem gotować. Nie czeka na odpowiedź, tylko sama ciągnie : nnoo, jajecznicę to już na pewno.. Wiesz, nigdy nie wiem, co jej odpowiedzieć. Mięso, warzywa, zupę, makaron.. ? Przecież ugotować mogę wszystko. Co może być trudnego w zupie ? Woda, warzywa, mięso, jakieś przyprawy. Albo w mięsie ? Trzeba umyć, pokroic, zamarynować, odstawić.. Kiedyś myślałam że to takie trudne, ale to jest proste, naprawdę bardzo proste, zwłaszcza z książką kucharską.
Ty nigdy nie gotujesz z książek. Czasami ? Bardzo rzadko, trzeba to brać na wyczucie. Ja bardzo lubię twoją kuchnię. A mama B. to zawsze wszystko gotuje z książek. Nie żebym nie lubiła jej kuchni, to zawsze jest bardzo smaczne, ale jakieś takie.. Jest takie jak ona.
To co ona gotuje zawsze smakuje jej czystym mieszkaniem i kremem do rąk. To znaczy nie smakuje k r e m e m, nie, ale jakąś taką - perfekcją.. Nie wiem jak ci to wyjaśnić, ale, widzisz, to jest trochę tak, że cokolwiek by nie ugotowała, gdzieś na końcu jest jakiś jeden smak. Nie chodzi mi o to , że majeranek, kardamon, czy oregano. To jest.. coś innego. Nieważne czy to jest curry, zrazy, czy ciasto, tam na końcu gdzieś mieszka nuta tego kremu, tych jej czystych rąk. Ta perfekcja. Na drugi dzień nie pamiętam już - co jadłam ? Jak ty gotujesz, wszystko jest inne, jak ona - takie same. Takie same smaczne, i żadne.. Rozumiesz mnie ?
- Rozumiem, i znam ten smak. Fajnie to nazywasz. Bardzo mi się podoba.
Widzisz, dokładnie tak powinnaś pisać : jakbyś opowiadała coś koleżance, mamie, bratu. Jakbyś usiadła, i wyobraziła sobie zapachy, smaki, kształty, wrażenia. Pisanie nie jest wypracowaniem szkolnym, nie trzeba budować zdań, jak w rozprawce z polskiego. Tego trudno się nauczyć.
Pisanie nie jest kremem do rąk, atramentem w piórze, tuszem w drukarce. Pisanie jest niepowtarzalną wędrówką wgłąb siebie.

niedziela, 18 lipca 2010

Stimmung





notatki z podróży 2.



W Amsterdamie leje. Niewiarygodna wręcz odmiana kropli deszczu na twarzy po strugach potu na plecach z ostatnich dni. Nasze rowery przypięte nad jednym z setek tutejszych kanałów mokną nam, mokną, mokną. Mokry Amsterdam nie jest tak dekadencki jak deszczowa Wenecja , ale ma w sobie magię wakacji, przygody, lata. Ma w sobie stimmung.
Zalegamy w dusznej kawiarni, przygodnie wybranej na schronienie przed deszczem, której pozornie nowoczesny wystrój męczy gęstą wykładziną na ścianie, i każde z nas robi coś. Coś innego. H. pisze pocztówki do A., B. i C., J. szkicuje H., ja piszę. O nich. Do nich. Do was.
Leje, kurwa,leje, myślę, nie chce nam się wychodzić i jechać mokrymi ulicami do hotelu, ze strugami wody we włosach i w bagażu. Zapalam papierosa w progu knajpki, w pół kroku do deszczu, a myśli bezładnie mi mokną.

Chłonę atmosferę wakacji, wolności tutaj od tam. Od tam, gdzie zostawiłam obowiązki, faktury, kwity do pralni i telefon. W tym mieście wcale mi nieznanym, mieście ciasnych uliczek nad kanałami, mieście tysiąca rowerów, okien z podstarzałymi prostytutkami, wąskich kamienic, zapachu trawki, koloru sziszy. Dziewczyna obok mnie, tuż w progu, zapina ciasno kask motocyklowy pod brodą , skąd jesteś, pyta - wher`re u from ? Are you here on holidays ?

Z Polski, jestem, z Polski, z kraju tego, gdzie krzywdą jest dużą popsować gniazdo na gruszy bocianie.. Jestem z Polski, z kraju tego, gdzie mężczyźni noszą skarpety do sandałów, rzucają niedopałki na ulicę i idą przodem przed swoją kobietą , która niesie jego dzieci. Jestem z Polski, gdzie kiedyś piękne dziewczyny hodują dziś swoje smutki jak brzuch po czterdziestce. Jestem z Polski gdzie architektura miasta krzyczy do mnie reklamami piwa i brzydotą chaosu, a wieś to browary pod sklepem i opony od ciągnika w rowie. Z Polski, gdzie bić żyda, asfalt musi leżeć na swoim miejscu, po psach kup nie trzeba sprzątać, przecież płacimy podatki, na plaży cuchnie moczem z krzaków, a ja jestem z Polski, z Polski maryjnej, majowej, męczącej, smutnej, na wieki wieków, amen.
Uśmiecham się do dziewczyny i odpowiadam : tak, zostajemy tu jeszcze dwa dni, tak, podobno ma padać, have a nice day.. Trzymaj się więc, take care, miłego pobytu,rzuca przez ramię i odjeżdża niosąc za tylnym kołem pióropusz deszczu.
W knajpce bez zmian. Na zachodzie siwy Holender pod ceglaną ścianą zerka na mnie znad codziennej gazety, jak piszę szybko na kartce wyrwanej ze szkicownika.  J. rysuje., H. wysyła wieści z wakacji, a ja piszę banały, piszę nastroje, nas troje piszę, piszę zapachy i deszcz, i cierpki smak piwa, wilgoć wieczoru, obce twarze, obcy język wokół, sąsiada ze stolika obok i tę dziewczynę na motocyklu, która odjechała wioząc w plecaku letnie krople. Piszę dla pamiętania, dla wspomnienia, dla siebie, dla was.
Obca ja, Polka w Holandii, panna nikt na ziemi nieswojej.

(..)
to nie kochanka ale sypiam z nią
choć śmieją ze mnie się i drwią
taka zmęczona i pijana wciąż
dlatego nie
nie pytaj więcej mnie.
Nie pytaj mnie, dlaczego jestem z nią,
nie pytaj mnie dlaczego z inną nie,
nie pytaj mnie dlaczego myślę że
że nie ma dla mnie innych miejsc.. (..)
[Grzegorz Ciechowski]


wszystkie fotki: Hania Szkarłat -->


wiksa


notatki z podróży

Przyjechaliśmy wieczorem, nocą prawie - zmęczeni, znieczuleni kawą i kilometrami na liczniku, szczęśliwi.
Amsterdam.
Na ulicach kolorowi ludzie oszołomieni imprezą przegranej Holandii w mistrzostwach. Jeszcze kilku w pomarańczowych koszulkach, jeszcze pióropusze i flagi narodowe nad wąskimi uliczkami, jeszcze gromady upalonych dzieciaków przy kawiarnianych stolikach, przenośne pisuary na zaśmieconych ulicach. Zewsząd wylewał się tłum. Barwny, róznoraki, młody, wielu języków, wielu przekonań i ich braku. Tłum etniczny, tubylczy i przyjezdny, w czapkach, przepaskach, kapeluszach, dredach. Na rowerach, pieszo, samochodem.
To miasto nosi znamiona grubej wiksy
, powiedział J. Wiksa, w i k s a, gruba wiksa - obracam to słowo w ustach, słowo obce, szeleszczące, prostackie, trochę groźne, raczej zabawne. Przywodzi na myśl wolność, młodość, bachanalia, niezabawne już rozrywki - `wszystko co kocham` ? Za moich czasów mówiło sie impreza, impra.. Dziś `impreza` brzmi nudnie, jak nudny jest grill z dorosłymi, kolacja z rodzicami, kino po południu. Kiedy jestem z J. i H., kadego dnia odkrywam nowy, wspaniały świat powoływany do życia nowymi słowami : obczaić, ogarnąć, wyhaczyć, biba,maniurka, wiksa. Oni są mi łacznikiem ze światem, którego nie znam ale akceptuję, jak akceptuje się inność nie gorszą, odmienną.
" W pewnym sensie, naturalnie nic nie było już takie jak dawniej. Można mieć pretensje do wojny ( obu wojen) albo do młodzieży, pracujących kobiet, bomby atomowej czy po prostu rządu - ale naprawdę oznaczało to tyle, że człowiek się starzeje(...) " [ Agatha Christie "Zwierciadło pęka w odłamków stos" ]

niedziela, 11 lipca 2010

pomożecie ?

Dostałam maila od Joanny po tytułem : pomożesz, Magdaleno ? Bardzo lubię takie maile, bo są zupełnie oderwane od pracy i - wśród kilkudziesięciu odbieranych codziennie, oflagowanych tym lub innym numerem projektu - przypominają, że obok istnieją światy równoległe.
Sama w tej chwili zbieram materiały do trudnego tekstu o księżach suspendowanych, i czekam z bijącym sercem na rzadkie odpowiedzi od moich adresatów. Mail osobisty jest więc dzis skarbem, który nieczęsto udaje się odnaleźć.
Joanna pracuje nad normalizacją testu. Oznacza to, że bada się sam test, czy jego stwierdzenia badają to, co mają badać, i czy robią to dobrze. nie jest to badanie osoby, która ten test wypełnia. Do znormalizowania testu potrzeba wielu osób, i Joannie tych osób brakuje. Jeśli możecie - wypełnijcie w całości test i roześlijcie wszędzie tam, gdzie się ta : na waszych blogach, forach, profilach , wśród znajomych. Światy równoległe z góry dziękują za pomoc.

ankieta.tapu.pl

bez tytułu

Zamiast blogować - piszę. Spotykam się , rozmawiam, czytam. Na jedna napisana stronę powinnam przeczytać sto.. Tak powiadał mistrz Kapuściński, i coraz bardziej przekonuję się że trafna, acz bolesna dla oczu ta rada. Chciało się, to się ma.
Upały opanowały miasto. Mysli roztapiają się zanim opuszczą głowę : płynna melasa uczuć. Jutro urlop. Ruszamy na północ - Holandia, Belgia, Niemcy. Zabieram ze sobą letnie sukienki, wodę, notes, dyktafon. Może coś zapamiętam i na szybko nagram myśl, która juz za chwilę miałaby opuścić moja głowę ? Ktoś powiedział mi ostatnio, że najlepsze myśli przychodzą mu do głowy tuż przed zaśnięciem - `Włączam wtedy dyktafon i szybko zapisuję to, czego nie mógłbym już znaleźć po przebudzeniu`
Zabieram ze sobą zmęczenie ostatnich tygodni, i nie zamierzam z nim wracać.

środa, 30 czerwca 2010

Czy chcesz kogoś zrozumieć,czy coś mu udowodnić ?

.. czyli TRENING KOMUNIKACJI.

Usiedliśmy w kole, w ciemnawej i dusznej sali na VII piętrze Pałacu Kultury.
16 nas było. Zaczęliśmy.
Rzecz szła o komunikację. O dialog, porozumienie, zrozumienie wzajemne rzecz szła. Chcieliśmy zobaczyć się nawzajem,inaczej niż widzimy niewyraźna projekcję nadchodzącego dnia w pierwszym kubku z kawą o poranku, lub swój szary obraz w lustrze wieczorem, po ciężkim dniu.
Byliśmy gotowi odbić się w oku własnej i cudzej wrażliwości. Nauczyć się słuchać, mówić, milczeć, pytać, odpowiadać. Prowadząca była mądra. Szczupła, drobna, rozczochrana, z szerokim uśmiechem i widzącymi oczami. Było w niej jakieś cudowne pogodzenie ze sobą, które pozwala mówić trudne rzeczy tak, jakby częstowała żurawiną : cierpkie, ale da się przełknąć.
Było nam dziś łatwiej niż onegdaj, bo lubimy się już nawzajem, bo chcemy się poznać, bo trudno nam mówić nie przerywając, pytać nie raniąc, patrzeć nie oceniając, myśleć nie biorąc kogoś na cel.
Po trzech dniach ćwiczeń, treningu, inscenizowanych scenek i niełatwych do wykonania zadań napisaliśmy wspólnie dekalog. Trudno powiedzieć, żeby był to "dekalog reportera", może raczej - człowieka, który chce zrozumieć drugiego.
Grunt, że nam się udało.

1. Słuchanie jest umiejętnością, którą możesz sobie wypracować.
2. Człowiek bez motywu nie funkcjonuje .
3. Czy chcesz kogoś zrozumieć czy coś mu udowodnić ?
4. Chwalenie, oczekiwanie, obrażanie ( się ), rozkazywanie, moralizowanie, grożenie, zadawanie nadmiernych pytań, logiczna argumentacja, nastawienie, doradzanie, pocieszanie i krytyka - to bariery, które uniemożliwiają dialog.
5. Naturalna symetria w relacji oznacza : ty jesteś w 100% odpowiedzialny za relację. I twój rozmówca jest w 100% za nią odpowiedzialny.
6. Każdy ma potrzebę bycia wyjątkowym w cierpieniu.
7. Osoba, która dostaje mniej uwagi czuje się gorsza.
8. To moje oczekiwania powodują, że nie widzę wszystkich możliwości.
9. Kiedy spotykasz osobę w stracie - nie pytaj o historię ani o przyszłość , bądź z nią tu i teraz. Takie wyciąganie jest próbą gwałtu.
10. W silnych emocjach rozum nie działa.


/ w duchu komunikacji z czytającymi te słowa : chętnie rozwinę każdą z powyższych myśli, w dialogu bezpośrednim :) Piszcie, jakby co.. /
a TU zdjęcia z naszej imprezy kończącej I semestr w Polskiej Szkole Reportażu. Gościł nas Mariusz Sz.

sobota, 19 czerwca 2010

miejscówka


Jan na I miejscu na ASP. Na Politechnikę tez podobno na górze listy.
Teraz dylemat - tu czy tam ? a może gap`year ? Skaranie boskie z tym chłopakiem jak mawiali w literaturze chłopskiej ubiegłego wieku.

środa, 16 czerwca 2010

Próby

- Nie mam dla ciebie jeszcze tego telefonu - powiedział - bo muszę zrobić to inaczej. Chyba jestem mu winien kilka słów. Ja ciebie z nim umówię, chociaż nie wiem, czy będzie chciał rozmawiać. Schudł 40 kilogramów, jest w słabej formie. Trudno mu wytrzymać to wszystko. No i jest sam. Pojadę do niego z flaszką , porozmawiamy, zaprosił mnie. Spróbuję. Ciągle myślałem o tym, co powiedziałaś o przebaczaniu i chyba spróbuję. Warto, mówisz ? Nie wiem, czy warto, bo jednak jest między nami to co było ale.. może ty masz rację ?
Jakoś mi to w głowie siedzi. Może trzeba rozmawiać ? Spróbuję.

Moi rozmówcy umilkli. Nikt nie może rozmawiać, nie zna numerów telefonów, adresów, nazwisk. Nikt nie pamięta niczego. Grzebię w przeszłości, a ona zamyka się przede mną gdy tylko wspomnę o temacie. Gdziekolwiek się nie dotknę, cokolwiek ruszę, o co zapytam, co wpiszę w wyszukiwarkę - trafiam na salę rozpraw. A przecież gdzieś musi być ktoś, kto pamięta ? Ktoś, dla kogo ta rozmowa będzie katharsis, oczyszczeniem, ulgą, a nie wścibską indagacją o rzeczy, które dawno już przysypane kurzem niepamięci.
Zrobię ten tekst, choćbym miała długo pukać do dawno zamkniętych drzwi.

sobota, 12 czerwca 2010

Takiego pięknego syna urodziłam


Na spacerach nigdy nie spał. Kiedy siadałam na ławce, próbując czytać, z wózka natychmiast wystawała gniewna piąstka domagająca się akcji. W autobusie zdejmował czapkę i ofiarowywał ją z szerokim uśmiechem podróżnym. Zanim skończył rok - przestał sypiać w dzień. Kiedy miał dwa lata powoli, metodycznie i równiutko obciął frędzle z koca. W przedszkolu zawsze to jego panie przyłapały na wymachu ziemniakiem do kolegi, kiedy wszyscy zdążyli się już schować.
Kiedy miał pięć lat wyjął klucze od kredensów i szaf u naszych przyjaciół w Szwajcarii i schował je chyba razem ze złotem Hitlera.
W podstawówce wziął udział w pierwszym programie "Dzieciaki z klasą". Pani pilnująca castingu wyszła na korytarz i pytała :`czyje to dziecko, takie żywe ?`
W gimnazjum prowadził bloga z niecenzuralnymi słowami, który odkryła wychowawczyni. W liceum zadzwonili po mnie z komisariatu.
Kiedy się zakochał, pojechał stopem do Paryża.
Jest chodzącą egzemplifikacją powiedzenia, że małe dzieci spać nie dają , duże - sam nie zaśniesz. Nocą przewracam się w półśnie, czekając na chrzęst klucza w zamku, przysięgając sobie że jeśli nie wróci za pół godziny, za kwadrans, za dziesięć.., za pięć.. wyrzucę go, kurwa, z domu, wyrzucę, niech sobie idzie gdzie chce, do ojca niech idzie, gdziekolwiek..
Mistrz demagogii, kiedy próbuję ustalić z nim coś konkretnego. Słuchaj , nie mogę się zgodzić, żebyś znów gdzieś wyszedł wieczorem, to niehigieniczny tryb życia , jutro masz egzamin, poza tym prosiłam cię o to, i o tamto, i o tym jeszcze zapomniałeś - próbuję zrzędzić, bezsilna, pewna przegranej jak tego, że mam syna.
A on tylko głupkowato się uśmiecha i robi do mnie te swoje wielkie oczy, prosząc o bilet na Openera, tankowanie do pełna, zapłatę za plener, nową koszulę, ołówki, kalkę, tusz do drukarki, boksy.. Bóg jeden raczy wiedzieć o co jeszcze n i e prosi..
Operuje wszystkimi elektronarzędziami jakie wymyślono dla usprawnienia prac domowych - wiertarką, szlifierką, wyrzynarką, i tymi, których nie umiem nawet nazwać. Powiesi blat kamienny w mojej łazience wraz z szafka i umywalką, osadzi drzwi, pomaluje mieszkanie, ugotuje wszystko, co wymyślę ( prócz ryby), naprawi pralkę, zmywarkę, zlew i rower.
Nie sprzątnie pokoju i upiecze ciasto. Uwiedzie moich przyjaciół rozmowami o fotografii i menu na kolację. Zadzwoni do babci i powiesi jej lampę. Trzymał za rękę umierającego dziadka i płakał, kiedy po wszystkim przywiozłam do domu jego stary portfel. Doprowadzi do rozpaczy nauczycieli przygotowując trzy prace na wymaganych siedemnaście. Pozostałe czternaście zrobi w jedną noc. Skrytykuje moją sukienkę, pochwali bluzkę, kupi torebkę w Mediolanie i odbierze siostrę z matematyki. Po drodze zatankuje na moją kartę.
Obieca i zapomni. Przeprosi i zapomni znów. Zostawi sześć kubków na biurku i pranie w pralce na tydzień. Powiesi cztery obrazy w pół godziny. Pracowity jak chce, leniwy jak wybiera.
Kiedy się kłócimy, lecą drzazgi. Tracę panowanie z szybkością światła, wyrzucam z siebie wszystkie złe słowa i w momencie gdy je wypowiadam, żałuję, że je znalazłam. Rankiem na stole znajduję kartkę : przepraszam, mom. Zaprosi mnie na kawę " żeby porozmawiać".
Nikt nie potrafi mnie w tak krótkim czasie rozpalić do białości jak on.
Nikt nie potrafi mnie tak rozśmieszyć ciętą ripostą jak on, gdy nad niedopieczonym kurczakiem krzyczy " suction!" , parodiując ` Chirurgów .
Nigdy się razem nie nudzimy.
Dziś kończy 19 lat. A miało być tak pięknie.
Happy birthday, Jan !

Album

Poprosiłam go o numer telefonu.
- Nie mam już, skasowałem - powiedział. - Nie mam.Czasem, jak ktoś mnie skrajnie wkurwi - kasuję, niszczę, nie chcę mieć już nic do czynienia. Dzwonię, nie odbiera. Znów - to samo. I kolejny. Aż w końcu jestem taki zły, tak strasznie wkurzony, że wiem, że ten numer będzie mnie kusił, że będę próbował, aż do kolejnej porażki. Więc - kasuję.
- Czy w twoim świecie nie ma miejsca na przebaczenie ?
- Jest, ale do pewnych granic . Ile razy możesz przebaczać ? Raz , drugi, czwarty.. ? A potem - co ? Ile razy możesz komuś zawierzyć, po to tylko, żeby znów cię zawiódł ? Sama powiedz.
Miałem kiedyś kumpla. Jak się z kimś pokłócił wycinał jego twarz ze zdjęcia. Dziewczyny, kumple, rodzina, przygodne kobiety - jak leci. Wycinał. Kiedyś do mnie mówi : chodź, pokażę ci mój album ze zdjęciami. A w tym albumie na zdjęciach był już tylko on. Wszędzie - z Grecji, z Rodos, z Rzymu, na grillu - tylko on.
Widzisz, mój telefon jest takim moim albumem.

czwartek, 10 czerwca 2010

wspólnie

Dziś w DF nasz wspólny reportaż studentów Polskiej Szkoły Reportażu "13 świeżych pisowców".
Zadanie było jasne. Mieliśmy przyjrzeć się przed wyborami grupie nowych w PIS, którzy zaciągnęli do partii po Smoleńsku. Każdy z nas ( wzięło udział 11 ) miał znaleźć co najmniej jednego rozmówcę i przygotować materiał. Zadaliśmy im te same pytania.
Niespodziewanie dla nas wszystkich, a mam nadzieję,że dla czytelników DF też - złamaliśmy stereotyp. Jaki ? Ano taki, że Pis-owiec to najczęściej mężczyzna, niewysoki, nieznający języków mieszkaniec małego miasta, zaciekły homofob, ksenofob i ultrakatolik.
Co nam wyszło ?
Większość to kobiety, bo jednak wybór "po Smoleńsku" wydaje się być wyborem emocjonalnym. Języki im nieobce - z 13 naszych rozmówców 11 zna angielski, 4- niemiecki, 2- czeski, 2- francuski, 1 - łacinę, 1 - słowacki. I choć niektórzy odpowiadali tak, jakby czytali z biuletynu programowego partii, w większości jednak nie bali się mówić, byli otwarci, młodzi , życzliwi, czasem dowcipni. Często zaangażowani.
Reportaż to fascynująca przygoda z drugim człowiekiem. Nigdy nie wiesz, gdzie cię zaprowadzi ta droga, bo wiedzie zwykle tam, gdzie zasypiają twoje stereotypy. Teza jest wrogiem reportera. Ona zabija tekst i przysłania oczy.
Oprócz oczywistej dumy z pierwszej publikacji w Gazecie, cieszyłam się, że mogłam pójść drogą w nieznane. Nawet za pozornie nudnym, politycznym tematem może chowa się coś, co czeka na odkrycie.

/ ps. zalinkuję tu tekst, jak tylko pojawi się w necie /

środa, 9 czerwca 2010

Nie odleciał

W6335 do Mediolanu nie odleciał. Siedzę na lotnisku, remontowanym, brudnym i chaotycznym. Siedzę, znużona niemożnością, strudzona zanim zaczęłam, wraz z tłumem takich jak ja, wymiętych i niecierpliwych, w drodze na Dortmund, Sztokholm, Warszawę.
Siedzę i dzielę mój niepotrzebny dziś czas pomiędzy Torańską a lampkę bialego, pomiędzy przylotem a odlotem. Stolik nędznego bistro, wytarty fotel, zielone płytki podłogi są jak zaczarowane wyspy, na które mam tego ranka zbyt wiele przepustek.
Coraz bardziej nie lubię lotnisk, z ich bezimiennością, pośpiechem, anonimem. Już wolę w podroży dworce kolejowe, śmierdzące żelastwem, ze furą śmieci między torami, nostalgiczne z tym pożółkłym rozkładem jazdy za brudną szybą i chrypiącym megafonem. Dziś chciałabym się metodycznie upić, znieczulić, przyspieszyć zegar winem, piwem, wódką , samogonem, ale nawet ten luksus jest mi dziś nie dany.
Samotność w podróży jest jak stan błogosławiony, co mija przy spotkaniu najbliższych na bramce przylotów, po drugiej stronie smugi kondensacyjnej przecinającej niebo.
A gdybym przeszła się wśród moich przypadkowych współpodróżnych, gdybym zaczęła rozmawiać, zadawać pytania, na stoliku prawie od niechcenia kładąc srebrny kształt dyktafonu ? Gdybym spytała tego pana w złotych okularach, pod wąsem, w garniturze : czego dowiedział się pan dziś z Angory ? Albo tę grupę Rosjanek, chybotliwych na niebotycznych szpilkach, chutliwych w spódniczkach krótkich jak sms, gdybym choć jedną zagadnęła : dokąd się wybieracie, droga Nataszo Anatoliewna, do Alicante czy Kopenhagi ? Spojrzałaby na mnie , zza tych ciemnych, kosztownych szkieł w mglisty poranek na Lotnisku im . Lecha Wałęsy w Rębiechowie, i odpowiedziała : niet, ten fotel jest już zajęty !

władcy przestrzeni

Mężczyźni, którzy wchodzą wnoszą ze sobą niepokój. Niosą zapach papierosów, skrzypiących skórzanych kurtek, deszczu. Idą do stolika, na szeroko rozstawionych nogach, o mocnych udach, idą pewnie, po swoje. Zamawiają kawę, dwa razy, bez mleka, nie, kawę i herbatę. I jajecznicę. Dźwięczą łyżeczkami i pełną popielniczką. Głośne rozmowy, bezdźwięczny śmiech, co obnaża ciemne od tytoniu zęby. Jeden z nich, brodaty podnosi wzrok i uśmiecha się do mnie znad szarej zasłony dymu.
Wyjmuję notes i szybko notuję wrażenie przerwanej przed burzą ciszy. W powietrzu tytoń i lepkość południa. W filiżance kawa na brzegu pomazanym szminką. W sercu niepokój spóźnienia i drogi co przede mną. Pośrodku tego mieszkam.
[ 27.05.2010; `jadąc do warszawy`]

`(...) Ci co przemierzają ziemię naruszają jej spokój i nakłaniają do złego, ponieważ budzą strach pomieszany z tęsknotą. Po ich przejściu nic już nie jest takie jak dawniej. Widnokrąg pęka raz na zawsze i już nigdy się nie zasklepi.(..)`
Andrzej Stasiuk, `Jadąc do Babadag`

migawki

Podróżowaliśmy. Do RPA, Moskwy, Ruandy, na Plac Konstytucji i na polską wieś.
Od Jacka Hugo - Badera dowiedziałam się, że intensywnością kompensuje krótkotrwałość relacji z bohaterem. Nie wiem, czy to prawda, chyba powinni wypowiedzieć się bohaterowie ?
Od Maxa Cegielskiego dowiedziałam się , że imperatyw podróży jest w nas, i to jest ogromny komfort : przemieszczam się, dlatego że chcę, a nie jestem zmuszony wojną, pracą, emigracją, głodem.
Od Wojciecha Jagielskiego - że życie daje szanse i nie można ich przegapić.
Od Ireny Morawskiej - że podroż jest wolnością.
Mariusz Szczygieł pokazał, na czym polega metoda wirówki.
To był bardzo dobry zjazd, i ta podróż w głąb słów minęła mi zbyt szybko.

czwartek, 27 maja 2010

Przeczytane w podróży

Z Hugo - Baderem do Rosji, z Maxem Cegielskim do Babadag, z Jagielskim do Ugandy, z Morawską w Polskę , z Alicją Kapuscińską po śladach. Podróże z książkami.
Dziś znów Szkoła. Pakuję lektury i jadę.
Odpoczynek.

środa, 26 maja 2010

meteoropatia

-Ale zimno dzisiaj, no, a jak padało wczoraj. A w weekend to jednak było troche lepiej. No. taki powiew wiosny prawdziwy. I tak to słoneczko ładnie.., No a wiosnę mamy taką spóźnioną w tym roku. Właściwie to w ogóle nie mamy wiosny. a podobno ma byc ładne lato . Ładne ? kiedy ? a tak słyszałem. Ja słyszałam że w sierpniu. W radiu mówili. A wczoraj to już w ogóle coś niemożliwego. Grunt, że tych śniegów juz nie ma. Ee tam nie ma, nie ma, zaraz znów będą. Ani się obejrzysz.

Kiedy zaczynam z kimś mówić o pogodzie, w głowie zapala mi się czerwona lampka ostrzegawcza . Uwaga : nie jest dobrze ! O pogodzie rozmowa męczącą jest i pustą.
Bo o czym tu rozmawiać, skoro pogoda zawsze jest, jak uczyły w szkole przemądrzałe panie.
Nie ma pogody ? pytały złośliwie. Oo, mylisz się - pogoda zawsze j e s t . Szkolna figura retoryczna.
Może i jest, ale gdzie jest temat ? Męczy mnie ta miałkość, ta pusta gadka. Tęsknię za : ciekawie, porywająco, nie o pracy, inaczej. Kiedyś wspinałam się na palce, zaglądałam w oczy w poszukiwaniu zrozumienia, wymyślałam anegdoty i historie. Teraz ? Odpuszczam. Zamiast o pogodzie z przygodnym, lepiej pomilczeć z najbliższym.
Rozmawiałyśmy dziś o tym z K. w Trafiku, i było dobrze.
Jutro Szkoła R. Rozmowy niemeteorologiczne.

Umęczona zasypiam z notesem przyciśniętym do piersi, i marzę o Wenecji.
Urlop. To już za kilka dni. Ciekawe, czy będzie padać ?

27 pytań

(... )Pierwszy zerwał się z miejsca na pytanie prowadzącego o chętnych do wywiadu.

Szybki, młody człowiek , którego rozsadza energia i chęć rozmowy. Śniady, czarne włosy mocno zaczesane na żel , wydaje się być bardzo sprawny fizycznie. W rozmowie wyznał, że jego największym marzeniem zawodowym jest służba w Straży Pożarnej lub brygadzie antyterrorystycznej. Widzi siebie w akcji, wyciągającego ludzi z płomieni, broniącego cywili w zagrożeniu, walczącego. Na razie ćwiczy , żeby poprawić swoje testy sprawnościowe.

Specjalnie dla mnie przyjechał spod Trójmiasta i chciał podarować mi tyle czasu, ile tylko będę potrzebowała. A najlepiej więcej.

Mówi dużo, chętnie, w długich dygresjach odbiega od tematu, uśmiecha się, żywo gestykuluje.

Od pięciu tygodni członek Młodych Partii X.
(..)



... chciałam chociaż zacząć, no i okropnie się wkopałam. Zamiast jak pan Bóg i dobry zwyczaj nakazują pisać ciurkiem odpowiedzi na 27 pytań z ułożonego kanonu i klucza, pod pytaniami te odpowiedzi pisać, grzecznie, pilnie i na temat, ja sobie musiałam utrudnić. Nie kombinowałam. Przesłuchałam ponad dwugodzinne nagranie , zajrzałam w notatki, i napisałam tekst. Jak głupek ostatni - w trzeciej osobie :

`Pan R. to, pan R. tamto, zauważył, zrozumiał, pamiętał, widział, uścisnął, zaś u teściowej duchowość całkowicie wyparta jest przez materializm..`

O żesz. I teraz , świt za oknem, dzień nowy wstaje w ojczyźnie, a ja zamieniam pracowicie na pierwszą osobę.

`Zauważyłem, zrozumiałem, pojechałem, widziałem, uścisnąłem.. `Przynajmniej u teściowej bez zmian.

wtorek, 25 maja 2010

Miła

Nie chcę być miła.
Kiedy jesteś miła jesteś jak otwarta książka, którą każdy może sobie przekartkować i odłożyć. Po co ją czytać, skoro każda kartka ma w sobie zapowiedź kolejnej, a zakończenie znane już w połowie ?
Miła to otwarta, ciekawa, serdeczna. A tu nie ma już miejsca dla otwartych, ciekawych, serdecznych. Miejsce takich w domach z kotem i książką, one wklejają do albumu fotki z nieudanych majówek nad jeziorem. Na tych fotkach te miłe stoją w spódnicy za kolano, albo w dżinsach takich ciemnych bezkształtnych stoją, i bluzie z polaru , gdzieś w drugim rzędzie, lekko zamazane, bo fotograf się nimi znudził.
Lepiej być niedostępną, małomówną, skrytą, suką taką doprawdy lepiej być, bo one zwykle maja miejsce z przodu i nikt ich o nic nie pyta. Te są jak kryminał, ba - jak saga, co ich nigdy dosyć i żal, gdy się skończą.
Nie jestem już miła. Jestem wścibska, gadatliwa, niedyskretna. Nudna, bo miła.
Lepiej być suką. Och, po stokroć lepiej, kurważ mać.

sobota, 22 maja 2010

Liczba pojedyncza

"(...) W każdym, w kobietach, mężczyznach, istnieje dwoistość - z jednej strony tęskni się do niezależności, z drugiej jest pragnienie, żeby się komuś poddać, ulec. Człowiekowi, Bogu, miłości, czemuś, co określi cię jeszcze bardziej, może jeszcze lepiej. (...) Kto tak naprawdę chce żyć z przeświadczeniem , że jest tylko sobą, że niezależność jest jego największą wartością ? Każdy chce w jakims stopniu przynależeć."
Jane Campion w wywiadzie dla `WO`.

Tak. zapewne tak jest.
Każdy chce przynależeć, nie każdy może, nie wszyscy potrafią, niewielu się udaje.
Od jakiegoś czasu jednak kołacze mi w głowie inne pytanie : kto naprawdę chciałby żyć z przeświadczeniem, że ja jestem jego wartością ? I czy ja mam dar bycia czyjejś niezależności szafarzem ?Jestem jak zamknięta, wydana książka, wydana na zapomnienie, czasem nudna, taka, która odkłada się po kilkunastu kartkach, nie zawsze przecież zapisana mądrymi słowami, czy dobrymi doświadczeniami.
I te doświadczenia dopadają w najmniej oczekiwanym momencie. W pełnym słońcu, w ciszy wieczoru, nad ranem, w rozgadanym tłumie przed wejściem do kina, w kolejce do kasy w supermarkecie.
Liczba mnoga,pojedyncza, doświadczenia, wybór.

***
[ Wczoraj spotkałam człowieka, który w pragnieniu przynależności zapisał się do partii politycznej.
O nim następny post. Jego - wśród innych - pobieżny portret pamięciowy w Dużym Formacie. Przed wyborami . Bo przecież to pragnienie może być tez stanem głodu duszy, który znajduje zaspokojenie w politycznych wyborach.. ]

wtorek, 18 maja 2010

chronic fatigue syndrome

Czas przeszły dokonany nie ma racji bytu. Czas przyszły niedokonany raczej.
Nie wiem, kiedy się wyliżę. Czy się wyliżę ? Czy uda mi się pozbyć zmęczenia, które nie pozwala mi ostatnio spać, pisać , żyć.
Rano biegłam, nie - kulałam, kuśtykałam w dół klifu, a każdy ruch, był bólem naderwanego mięśnia i oddechem lat, które już za mną. Na mojej spoconej twarzy rozmazywały się brudne łzy.
Przyszedł wiek średni i dziś pokazał mi klęskę. Pierwszy raz.
Bez dat, rocznic, kamieni milowych. Bez przywilejów.
Nieproszony. Mój.

poniedziałek, 17 maja 2010

In memoriam.


Pamiętam ten dzień.
Pamiętam bladą ze zmęczenia twarz i czarny garnitur mojego brata bliźniaka. Przywiózł ten garnitur z Kanady i jego dziewczyna prosiła mnie o szybką interwencję w pralni chemicznej : bo wiesz, Marcin zapomni, a ten garnitur nie jest świeży.. , wyrzucała pospiesznie słowa przez tysiące kilometrów, a ja jechałam majową ulewą, deszcz bębnił mi o szyby i popędzana nitką skype`a wiozłam ten jego czarny garnitur do pralni. Pamiętam, że BB* martwił się, jak my tu w kraju, który zostawił 17 lat temu dla Vancouver pachnącego syropem klonowym i żywicą, nie umiemy czyścić garniturów... To był Hugo Boss. Odprasowali go pięknie. BB* był bardzo blady, miał jet leg i nie spał już 48 godzin.
W noc przed pogrzebem nie zmrużył oka. Z tysięcy zdjęć i wspomnień składaliśmy epitafium T. - przeplataną muzyką, wzruszającą kronikę prawie osiemdziesięciu lat życia naszego ojca, którą potem nagrywaliśmy jako prezent dla przyjaciół na kilkudziesięciu płytach . Nad ranem BB* , gnany międzykontynentalną bezsennością poszedł do Tesco.
Kupił 200 świec, które rozdaliśmy na pogrzebie. BB* miał pomysł . Od jednej świecy możesz zapalić tysiąc świec, a jej płomień nie zgaśnie, powiedział za Buddą, a starzy przyjaciele T. płakali i wtykali białe świece z Tesco w świeży piasek nagrobka.
Pamiętam moje długie rękawiczki do małej czarnej, które do tej pory zakładałam tylko na karnawał. Pamiętam moją zapobiegliwą siostrę, która zawsze wiedziała, która staruszka nie ma miejsca w autobusie na cmentarz.
Pamiętam mdlący zapach kadzidła i umierających białych kwiatów w kosciele mojego dzieciństwa. Zawsze lubiłam kadzidło : kojarzy mi się z obrzędami Wielkiego Tygodnia i tym bolesnym, nieznanym misterium.
Pamiętam urnę, piękną, ceramiczną. "Siostra wybierze urnę", powiedziała moja starsza, "ona jest artystką". Wybrałam.
Pamiętam kolorowe zdjęcie T., które oparte o tę wybraną przez artystkę urnę na białym katafalku przypominało go takim jakim był : wesołym podróżnikiem, nieufnym marudą, wiecznym politykiem, nieznośnym moralistą, kochanym żegnanym. Pamiętam ten kościół, pełen przyjaciół spłakanych po T., w majowy, parny dzień i słowa proboszcza : " teraz było, jak chcieliście, ale na cmentarzu to my rządzimy ! ".

Wczoraj rok po śmierci T. postanowiłyśmy z siostrą dać na mszę.
T. byłby zadowolony. Na pewno żałobnej mszy by chciał : wspomnienie o zmarłym, liturgia w intencji, ładna homilia, wieczny odpoczynek trzy razy po zakończeniu. Nic z tego . Na mszę w rok po trzeba dawać chyba w dniu śmierci, bo inaczej miejsc nie ma. Nie ma miejsca na modlitwę wiernych za jednego z nich, chyba że po takową ustawisz się w kolejce długiej jak do Narodowego Funduszu.
T. jednak chciałby tej mszy, więc poszłyśmy z siostrą na 12.30 do parafialnego kościoła naszego dzieciństwa, pomodlić się nie w instytucjonalnej intencji, w intencji serca raczej, i z szacunku do T.
Kościół - w niedzielę, w południe, w centrum Sopotu - prawie pusty. Organista wyje pieśni bez żadnej koherencji z nielicznymi parafianami zawodzącymi pod chórem, a ksiądz proboszcz w podniosłym tonie opowiada straszne komunały.
Przypomniała mi się nudna. bezosobowa homilia , którą ten sam proboszcz wygłaszał na mszy żałobnej rok temu. T. był tam parafianem przez ponad 50 lat. Co tydzień był na mszy świętej, siadał w tym samym miejscu, przyjmował komunię, co rok gościł księdza na kolędzie, która przeżywał tak mocno, że będąc 20 lat wdowcem - prosił wnuczkę o obecność w tym dniu pasterskiej wizyty. Proboszcz nie umiał powiedzieć o nim nic. Więc nie powiedział.
Wczoraj, zmarznięta i znudzona wyszłam z kościoła i pojechałam na cmentarz.
Słuchaj, tato, powiedziałam, msza mszą,proboszcz proboszczem, a te pieśni i tak by ci się nie podobały. Trudno. Napiszę dla ciebie posta na blogu.
In memoriam.

Casanova nie gości

"ten z przeciwka co ma lampę i remont
stał przy oknie nieruchomy jak skała.
pomyślałam, to dla ciebie ta rewia, rusz się, przecież nie będę tak stała..(...)"