piątek, 25 września 2009

Slowblogging ?

Pamiętam naukę jazdy na rowerze.
Miałam może sześć lat, a starsza Siostra uczyła nas, bliźniaków, tej miejskiej woltyżerki, biegając za nami po wielkim parku nad morzem, krzycząc : uważaj, uważaj, nie tam, gdzie jedziesz ?!, a my z bratem , pewni jej o sześć lat starszej ręki pedałowaliśmy na oślep, z poczuciem, że ktoś mocno trzyma kij przytwierdzony za siodełkiem składaka Wigry 3.
Było nas dwoje, a siostrze zwykle brakowało jednej ręki, aby trzymać jednocześnie dwa rowery. Pamiętam do dziś lęk, kiedy obejrzałam się za siebie i zobaczyłam, że wiozę za sobą tylko kij, a na jego końcu nie ma siostry. Czuję pieczenie stłuczonego kolana, kiedy ten lęk przed samodzielnością kazał mi wjechać na zbyt wysoki krawężnik.
Brak pewności, że ktoś złapie cię przy upadku jest upadkiem bolesnym.
Podobno jazdy na rowerze nie można zapomnieć. Nieważne, jak długo nie dosiadasz jednośladu - w chwilę po wznowieniu akcji - jesteś mistrzem. Mówią też , że nie zapomina się jazdy konno, pływania i szachów. Tak mówią.
Mówią, że tylko na chwilę wahasz się, a potem skaczesz, wsiadasz, płyniesz i twój umysł, a za nim mięśnie z każdym skurczem przypominają sobie sekwencję dobrze znanych ruchów. Zapominasz o czasie, kiedy tego nie robiłeś i dajesz.. Tak mówią.
Ale czy tak samo jest z pisaniem ?
Czy uczucia takoż płynnie stroją się w sekwencje gładkich, lśniących słów, jeśli nie mierzysz codziennie nowej dla nich sukni ? Czy nie rdzewieją ci zwroty, czy na półce twojej wyobraźni nie odkłada się kurz, czy strach przed niezręcznością języka nie hamuje twojej interpunkcji ? Poszukiwanie skojarzeń, wymiana myśli z migoczącym kursorem, odgadywanie znaczeń, łapanie za słówka, tamowanie słowotoku, konserwacja treści, nawlekanie liter alfabetu na słowa ... One wszystkie wołają o uwagę, wysiłek, rozczarowanie i z tym rozczarowaniem walkę.
Czy tak łatwo otworzę znów Magazyn, jeśli na jego drzwiach powieszę zardzewiałą kłódkę lenistwa ?


* ten post dedykuję Idze, w podziękowaniu za przywołanie mnie do porządku.

sobota, 19 września 2009

Zmianami jesień się zaczyna

Przystanek Kaskada.

Wczesnym rankiem staję na balkonie i z dwunastego piętra patrzę na miasto.
Miasto nigdy nie zasypia. Po lewej stronie morenowe wzgórza - w liściastym morzu zieleni żółkną dziś pojedyncze drzewa, jesienne plamy na zaczętym wiosną obrazie. Po prawej - szaroniebieska kreska horyzontu i statki na redzie, czasem, w czystej pogodzie widać Hel. Dalej już tylko smoki.
Pod moimi stopami nocą i dniem trwa nieustanny ruch - samochodów, świateł, ludzi.
Po drugiej stronie ulicy, na pierwszym piętrze, do późnych godzin wieczornych pali się światło. Znam to miejsce z nieodległego czasu, kiedy było zaledwie szkicem na papierze, później plikiem dokumentacji, jeszcze później - kilkoma wizytami w kurzu i pyle budowy. Dziś panie strzygą tam i farbują, a ja widzę jak światło w tych oknach zapala się i gaśnie.
Jedyną pewną rzeczą w życiu jest zmiana.
Tam, gdzie do niedawna mieszkałam, miałam trzy balkony. Jeden z nich wychodził na las, ale ja nigdy nie siedziałam na nim, aby patrzeć i pisać. Miejsce to było tylko sypialnią, gdzie moja zmęczona głowa zamknięta na bodźce widoków tuliła troski do twardej poduszki.
Dziś staję na balkonie i głęboko wdycham zimne powietrze, mieszankę miasta, morza morenowych wzgórz, jesieni.
Spokoju nie znajdę ani na dwunastym piętrze, ani w piwnicy. Jedynym miejscem, gdzie można go znaleźć, jest cisza panująca w sercu. Tam trzeba się po niego udać.
I idę.

niedziela, 13 września 2009

Mądrość narodów


Mówi się, że przysłowia są mądrością narodów. Chyba tylko tych, które nie mają innej mądrości.
Sama , aby wydać się bardziej ( jeszcze bardziej ! )błyskotliwą, dowcipną i inteligentną, czasem korzystam z przysłów w swadzie polemicznej, ba, rzekłabym, czerpię z nich garściami.
Mam kilka ulubionych : ranek jest mądrzejszy od wieczora, młyny pańskie mielą powoli, jeden lubi ogórki, drugi ogrodnika córki, miauczenie jest srebrem, a mruczenie złotem, i różne takie..
Również Moi Najmilsi mają swoje ulubione przysłowia .
Taki MC* na przykład hołduje zasadzie "kto rano wstaje, temu pan Bóg daje" . Kiedyś z trasy do Warszawy dzwoniłam do niego - bladym świtem, od ósmej do dziewiątej - jakieś dwadzieścia razy, próbując obudzić go dzwonkiem telefonu do szkoły, gdyż nie miałam po ręką innych, na co dzień stosowanych, środków przymusu bezpośredniego . Nie wstał. Trudno mi powiedzieć, czego nie dostał od Pana Boga, wiem na pewno, co dostał od szkoły.
"Co masz zrobić jutro, zrób dziś" jest z kolei ulubionym mottem MD*. Moja matczyna miłość i oddanie niejednokrotnie wystawiane były na próbę ognia, kiedy o szóstej rano słyszałam:
Mom, m u s z ę mieć kłębek drutu, styropianową głowę lalki, dziesięć metrów sznurka, i torbę kasztanów. Na d z i ś !
podczas gdy j a nie prowadzę warsztatu magika mechanika, sznurek nie jest moim ulubionym elementem garderoby, a w parku pod kasztanami deszcz i ciemno jak w przysłowiowej ( ! ) dupie.
Cóż, co masz zrobić dziś, poproś jutro mamę, ona zrobi to od razu.
Przysłowia to na pewno kopalnia cennych, życiowych porad.

Ostatnio dane mi się było przekonać, że najgłupszym z głupich przysłów jest : "Umiesz liczyć, licz na siebie". Gorszą jeszcze, ksenofobiczną wersją tego aforyzmu jest : "Kochajmy się jak bracia, liczmy się jak Żydzi."
Fuj. Otóż na to przysłowie muszę powiedzieć : nie. O nie.
Moje tegoroczne trzy przeprowadzki i cały związany z nimi chaos byłby nie do zniesienia, nie do przeżycia wręcz, gdyby nie pomoc Przyjaciół.
Z ich pomocą wierzchołek góry lodowej stopniał , i okazało się, że pod powierzchnią wzburzonego morza zmartwień - nie czai się nic groźnego. Dziś, po dwóch tygodniach zaledwie - mam puste mieszkanie, gotowe na sprzedaż, klucz do wynajętego, trzy czwarte dobytku w magazynie, resztę u ludzi.
Z pomocą Przyjaciół wszystko się udało.
J. i I. sprzątały, wyrzucały, segregowały, nosiły, pakowały. W każdy od trzech tygodni weekend.
R. odkręcał meble ze ścian i swoimi długi łapami układał wszystko w równe stosy.
K. i M. zawijali w folie stretch wszystko, co zdjęte ze ścian.
B. oddała mi za darmo wóz przeprowadzkowy i trzech silnych panów do noszenia.
T. odstąpił mi swój magazyn mówiąc : dziękuję, że mogę pomóc.
J. i G. zaproponowali miejsce w swoim garażu na rower MC* i dodatkowe kartony.
A ja ?
A ja się dziś wyprowadzam, zamykam drzwi na klucz od mieszkania, w którym nie byłam szczęśliwa, idę dalej, i mam już swoje ulubione przysłowie :
Umiesz liczyć ? Licz na innych. Oni będą szczęśliwi, mogąc ci pomóc.

Dla wszystkich moich Przyjaciół więc - zamiast dziękuję - ten post w blogu i muzyka .

wtorek, 8 września 2009

nie do wiary

`Dziękuję, że mogłem pomóc` , mówi mi dziś ktoś , komu za pomoc dziękuję.
A ja szczypię się mocno, nie do wiary, do nadziei na nieobudzenie.

McKot zdobyty czyli one way ticket

W pokoju , miedzy kuchnią a salonem piętrzą się kartony.
Odkładam i opisuję : na wynajęte, na magazyn, lato, zima, piwnica, pokój J., skarby M, skarby H., biżuteria, porcelana ..
Kot nr 1 i Kot nr 2 wspinają się na sam szczyt tej nieforemnej góry i akrobatycznie balansując wśród tobołków i koszyków , moszczą się w skrzynkach na górze. Cokolwiek robię, one warują tam godzinami, jak sowy na czatach, aż wreszcie znużone powtarzalnością moich gestów pakowania, zawijania, obklejania tektury taśmą i opisywania - zapadają w drzemkę w pustym, niezamkniętym pudle. Od kilku dni, od kiedy ta grań wyrosła w moim mieszkaniu - stała się ich ulubionym miejscem. Mrużą swoje bursztynowe oczy, pazurami drapią papier i w niemym pytaniu patrzą na mnie z wyrzutem w dół. Jedziemy ? zabierasz nas ? na zawsze ? w drogę ?- zdają sie pytać ich zmrużone spojrzenia.
Czy obawiają się, że o nich zapomnę, że w całym tym szaleństwie przeprowadzki zostawię je, porzucone w kącie jak futrzany mop ?
Nie martwcie się, mówię do nich nocą, kiedy nie mam już siły na pakowanie - ten bilet w jedną stronę jest wypisany na nas wszystkich : na MC*, na MD*, na was, moje śliczne, i na mnie, na pewno też na mnie.


dla przypomnienia :
MC* - Młody Człowiek

MD* - Mała Dziewczynka

niedziela, 6 września 2009

Proces dojrzewania

" Pamiętam, jak (...) powtarzał , że lubi, kiedy tak dobrze mówię o ludziach - Jak to się dzieje, że tak dobrze mówisz o ludziach ? - Przez dziesiątki lat brałam ich takimi, jakimi są. Z wadami i śmiesznostkami. A teraz nie umiem wyłowić z pamięci tego dnia, kiedy straciłam tę pobłażliwość. Tę wspaniałomyślność. Tę tolerancję."
Anda Rottenberg "Proszę bardzo'

No właśnie. Kiedy ?

sobota, 5 września 2009

Na zawsze ?

Dziś zawijam porcelanę we wczorajsze gazety : za kilka miesięcy pożółkła data na nich będzie mi jedynym świadectwem tych dni pełnych zamętu.
Kolejna przeprowadzka. Trzecia w tym roku : najpierw dom po T. Wyrzucanie, odśmiecanie, utylizacja wspomnień z dzieciństwa. Potem firma : dziesiątki projektów w niszczarce, segregatory sukcesów i porażek i niepewność, czy tam, gdzie idę, znajdę swoje miejsce.
Teraz to miejsce, co przez kilka lat było mi domem.
Domem, w którym mieliśmy zostać na zawsze, a nie wytrzymaliśmy nawet pół roku. Bez żalu zdejmuję ze scian obrazy, segreguję wieczorowe sukienki i buty na obcasach aż do nieba. Ksiązki do oddania, książki do powrotów, książki na makulaturę. Wyrzucam niepotrzebne graty, którymi obrosłam a wraz z nimi lądują w workach złe wspomnienia, smutki i niepewność dni, które już za mną.
Tak dużo mam pracy , że brakuje mi słów. Moja głowa opada wieczorem na poduszkę, ciężka rzeczami, których nie zdążyłam zrobić, niema na słowa, które mogłabym zapisać w magazynie.
A jednak. A jednak jest we mnie wiara, nadzieja, miłość.
Jestem szczęśliwa.

środa, 2 września 2009

Słuchając jesieni

`Przejdź milę po moich śladach, a dopiero potem oceniaj mnie`, powiedziałam, a on patrzył na mnie, tak jakoś smutno i z roztargnieniem, a ten jego roztargniony wzrok błądził po twarzach ludzi przy sąsiednich stolikach, po przechodniach śpieszących gdzieś w dół ulicy oświetlonej prawie jesiennym już słońcem popołudnia.
Patrzył smutno, widziałam jego rozbiegane, zmęczone oczy obwiedzione siateczką zupełnie nowych zmarszczek i cieni, co jak busola wskazują nieomylnie kierunek smutku.
Miał oczy jak piłki tenisowe na korcie - odbijały się od cieni liści tańczących po naszym stoliku, od smukłych łydek dziewcząt na deptaku, od popielniczki pełnej wystygłych niedopałków, wakacyjnego skrzypka zbierającego marne grosze za wiedeńskie walce, od mojej zamyślonej twarzy, moich słów do niego, moich do niego pytań.
Dawno się nie widzieliśmy.Zdawkowe esemesy, cztery telefony, trzy odłożone spotkania - na lepszy czas, na inny, na żaden.
On jest chory, pomyślałam, ma chorą duszę.
Pan dziś nie słucha, powiedziałam,
Tak, nie słucham, nie mogę zatrzymać myśli, one błądzą gdzieś, skaczą z tematu na temat, porzucam drugą, zanim skończę pierwszą, już nie mogę z tym wytrzymać, na nic nie czekam, niczego nie chcę, i jednocześnie chcę wszystkiego, tak mnie to, kurwa, męczy..

Wiem, chyba wiem, też tam byłam, ten żal, ten niepokój, ten brak skupienia jest jak konkretne miejsce, jak współrzędne na mapie naszego serca. Kiedy już się tam jest - trudno odnaleźć stamtąd wyjście, trudno uwierzyć, że inni też tam byli. I że stamtąd wrócili.
Też tam byłam, ale pozakręcałam rożne kurki, z których cienką strużką kapały do mojego serca, jak soki złych wróżek : Żal, Złość, Niepokój, Rozczarowanie, Niepewność.
Też tam byłam, a moje zielone oczy , zasnute szarym smutkiem skakały z miejsca na miejsce, rozbiegane, niewidzące, smutne.
Też tam byłam, i gdy zagubiłam się, w tym lesie smutku nie bardzo wiedziałam w którą dróżkę iść, bo wszystkie były mi jednakie. Jednakie złe. Jednakie nieznane.
Ale zakręciłam te kurki. Zakręcałam je jeden za drugim, stopniowo, powoli, aż wreszcie przestały sączyć w moje serce truciznę niepokoju.
I wróciłam. I jestem tu, spokojna i szczęśliwa. Słucham.
Pan mnie nie słucha ?
Tak, słucham... `jeden za drugim... niepokoju...wróciłam..`
Wrócę, obiecuję pani, że wrócę .. Ja wrócę. Jeszcze niech pani na mnie poczeka.
Poczekam na pana, poczekam, a w międzyczasie posiedźmy tu razem i popatrzmy jak lato zmienia się w jesień.

piątek, 28 sierpnia 2009

Ela, nie odchodź !


Luiza była drobną, silną Kaszubką z niewielkim, siwym koczkiem.
Z tych Kaszubek, co z niejednego pieca chleb jadły i z tym koczkiem, które podtrzymywane na miejscu niezliczoną ilością czarnych, surowych wsuwek tkwią w nienagannym porządku, choćby na plaży sztorm, a za oknami ulewa.
Urodziła się w Rewie, zalewanej morzem, wtedy maleńkiej, rybackiej wiosce, gdzieś koło 1900 roku.
Kaszubsko - niemiecką polszczyzną opowiadała nam Luiza, jak na służbę poszła, mając 15 lat. Sam zwrot `na służbę`, był dla nas, dzieciaków, zapowiedzią wyprawy w nieznane, ciekawe światy, w których nie trzeba biegać do szkoły ze spakowanym tornistrem a po obowiązkowym, pożywnym krupniku o piętnastej rozwiązywać zadania z matematyki. Służba to była Luizy lojalność do miejsca przy kuchennym stole, uczciwość w wychowywaniu kolejnych pokoleń u `państwa`, codzienna koronka różańca ( zasłużysz na odpust całkowity, dziecko ! ), majowe pachnące zwiędłym bzem, wypolerowane szkło w kredensie, złote drobne monety podkładane pod dywanami przez kolejnych niemieckich pracodawców, jakichś państwa Lesnau, jakichś państwa Klems , aby sprawdzić Luizy kryształową uczciwość. Zawsze te złote monety oddawała.

Nazywaliśmy ją Ela.
Ela brzmiało lepiej niż Luiza. Ela było swojskie, było jak wykrochmalona pościel, czysty fartuch i obowiązkowa ryba w piątki ( .. tylko komunisty jadają mięso w piątki ! ).
Ela to były historie o kaszubskich duchach widywanych w łanie zboża w biały dzień, i jej ciepłe łóżko, gdzie pozwalała mi zostać , gdy budziłam się spłakana w środku nocy, z tymi duchami czyhającymi za zasłoną ciemnego pokoju, na pierwszym piętrze zimnej, sopockiej kamienicy. Ela to były prażone jabłka zimą z duchówki kaflowego pieca, i `zupa nic` z budyniu i mleka w upalne dni.
Kiedy szaleliśmy ponad obowiązujące nas, surowe zasady dobrze wychowanych dzieci - Luiza, na co dzień pełna bezgranicznej do nas miłości - traciła cierpliwość.
Kroczyła wtedy do kuchni, pełna świętego gniewu na `nieznośne dzieci doktorostwa` - i , siadając na niskim krzesełku przy drzwiach wkładała swoje lśniące, sznurowane, czarne trzewiki.
Odchodzę, złościła się , odchodzę, nie będę u takich niegrzecznych dzieci służyć ! a my z bratem przypadaliśmy do jej zniszczonych pracą rąk i zawodziliśmy : Ela, nie odchodź, my już z a w s z e będziemy grzeczni !
Pamiętam strach, że nie będzie już z nami Eli, która pociesza i tuli , że wróci mama a my będziemy sami, przy zimnym piecu, dwie kupki nieszczęścia, zapłakane dowody przewinień. Pamiętam ten dzień rozczarowania, kiedy starsza siostra odebrała nam wiarę w groźby Eli, tak jak odbiera się wiarę w Świętego Mikołaja : jesteście głupi, Ela nie odejdzie i nie zostawi was samych, nie mogłaby tego zrobić, jak mamy nie ma w domu, bo jest za was odpowiedzialna ! Tego dnia dziecinne grzechy straciły swój ciężar, bezkarność psot odebrała słodki smak recydywie : Ela nie odejdzie !

Została z nami szesnaście lat. Nie `na służbie`. W rodzinie.
Nie chodziliśmy do przedszkola. Zazdrościliśmy dzieciom zabaw w chodzi-lisek-koło-drogi, leżakowania po obiedzie i czytanek o socjalistycznej sprawiedliwości społecznej w domu Ali i Asa. Nauczyła nas najprostszych prawd wiary, rozróżniania tego co dobre i złe, majowej litanii loretańskiej i smaku zupy pomidorowej z lanymi kluskami.
Odeszła dopiero, gdy wezwano ją na służbę daleko, do jej kaszubskiego Boga. Czasem widzę ją, jak siada w progu nieba , wciska na wykręcone reumatyzmem stopy czarne, wypastowane trzewiki i groźnie woła : odchodzę !

Nomenklatura

Jeśli nazywa się rzeczy po imieniu, to się materializują. Słowo staje się ciałem, ma swoją wagę, swój kształt, zapach, treść - nie można go już ignorować. Gdy rzeczy zostają w sferze słów niewypowiedzianych- mogą się same ulotnić.
Ranek jest mądrzejszy od wieczora - mawiam, i w tym swojskim porzekadle mieszka ostrożność, lek przed pryncypialnością sądów, nieomylnością, jedyną prawdą.
Lepiej być ostrożnym z nazywaniem zdarzeń - samo ich nazwanie sprawia, że się stają.

środa, 26 sierpnia 2009

Na krzeselku

"Przywieź tylko coś pysznego z tej cukierni co zawsze, i trochę owoców. Czekamy , przyjeżdżaj już !" - usłyszałam w słuchawce , i już widziałam nastawione do kiszenia ogórki małosolne, ciszę werandy pełnej komarów, i to Jej pytanie po kolacji : napijesz się kielicha ? , Czułam ten bursztynowy smak koniaku w kryształowych kieliszkach, kiedy siadamy i ona słucha mnie z uwagą, zawsze z uwagą.
Zaniedbałam ją, myślałam, parkując pod cukiernią. Dawno nie miałyśmy kontaktu, nie dzwoniłam, a ona tak bardzo się ostatnio postarzała, czeka na mnie ..

Stanęłam w kolejce po rozgrzeszenie za zaniedbanie i kręcąc młynka palcami jak stewardessa Miss Odessa przed wylotem, w myślach zaczęłam litanię rzeczy których nie zdążyłam zrobić. W słodkim od ciastek powietrzu wytrwałe osy wycinały swoje piruety nad cierpliwymi dłońmi sprzedających. Przede mną spocona para z kilkunastolatkiem wybiera : może sernik, o taki, o, ten z różą, nie, weźmy kilka jagodzianek.. Chcę już miec to za soba, juz jechać, ona tam czeka, a ja tak ostatnio ją zaniedbałam..

Siedziała na krzesełku, tuż przy wejściu. Jaka schludna staruszka, pomyślałam, taka gdyńska Geraldine Chaplin. Wielkie okulary zasłaniały drobną twarz, na opalonej ręce błyszczała złota bransoletka, była ubrana ze staromodną elegancją, delikatna. Przez chwilę nasze oczy spotkały się, uśmiech, skinęłam pytająco głową: czy nie zajęłam pani kolejki, czy pani tu stała ?
Płacąc usłyszałam cichy szept obok: czy może mi pani pożyczyć złotówkę ? Na pomarszczonej dłoni miała kilka groszy, ... trzynaście ?
- Okradli mnie w autobusie, całą rentę, tylko policja oddała mi dokumenty, czy może Pani ma złotówkę..? Ojej, aż pięć ? Tak dużo, a kiedy ja oddam ? Czy pani tu spaceruje, po ulicy, jak panią znajdę..?

Tak, odda mi pani, na pewno, ja tu często chodzę, odda mi pani.
Spotkamy się jeszcze. Spotkamy się, kiedy ja usiądę na małym krzesełku tuż przy wyjściu, czekając .
To może być wkrótce. Za chwilę.

wtorek, 25 sierpnia 2009

Moje serce jest moje ?




Przez prawie trzysta dni robię kilka rzeczy jednocześnie.
Myję zęby i wyjmuję naczynia ze zmywarki. Maluję oko i odpowiadam na esemesa. Piję pierwszą kawę i odbieram pierwsze maile. Sypię karmę kotom i suszę lakier na paznokciach. Słabo jedzą, zauważam. Koty, nie paznokcie.
Wyjmuję pranie z pralki i poprawiam włosy. Pakuję laptopa i układam notkę do bloga. Zmieniam buty na Buty , a na wierzch torebki wciskam awizo - zaraz pojadę na pocztę. Kolanem wpycham do windy worek ze śmieciami, rozłaczam pierwszą rozmowę - w windzie nie ma zasięgu.
W garażu podziemnym też nie jest lepiej : przekręcam kluczyki w stacyjce, podłaczam telefon, wyjmuję na siedzenie awizo z poczty, o którym zapomnę zaraz na pierwszym zakręcie.Mogę je przecież wyrzucić wieczorem. Odrzucona w windzie rozmowa przypomina mi się natrętnym dzwonkiem poczty głosowej.

Urlop.
Myję zęby i przyglądam się sobie z uwagą. Lustereczko, powiedz przecie - strasznie daleko zaszłam od czasu ostatniego urlopu. Zabiegłam nawet. Jak daleko.
Tak _tak, ten w lustrze to niestety ja. Tak_tak, ten sam.
Wyspałam się. Świeci słońce. W wannie piję kawę i czytam Allende. Kotka paraduje po brzegu wanny, a ja zauważam, że ostatnio nawet trochę przytyła. Kotka, nie wanna.
Na poczcie nie ma kolejki. Telefon zapomniał mojego numeru, a poczta głosowa zapomniała mojego telefonu. Kluczyki w stacyjce brzęczą spokojnie.
No to gdzie pojedziemy ?
Na Wyspę Man.

Wrócę.

sobota, 8 sierpnia 2009

kryzysowo

"(...) Bycie biednym - dodawał - jest przykre, ale ma jedną przepiękną zaletę, której rzadko kiedy doświadczają bogaci. Biedni ludzie są przeważnie obdarowani czasem. Gdyby czas można było sprzedawać, to bardzo szybko biedni byliby bogaci. Ale nie można. I biedni go marnotrawią."
J. Wiśniewski " Bikini"

I okazuje się, że tzw. literaturze menstruacyjnej tez można czasem coś znaleźć.
Tylko czasem.

bezdomność

Musimy trochę odświeżyć szatę graficzną, przecież chcemy zacząć od nowa, powiedzieli.
Jesteś wypalona zawodowo, powiedział.
Zacznij sama, ja najwyżej potem się włączę, powiedziała.

Mam głowę, ręce, oczy, stopy, dłonie i całą tę resztę. Mam pomysły, siłę, doświadczenia, wolę, ochotę,współczucie, rozum, inteligencję, empatię, miłość. Mam zmęczenie czasem, mam błędy, porażki, chybione decyzje, mam swoje deficyty.
A bywa, ze czuję się, jakbym wbiegła do domu, z naręczem pełnym mokrych kwiatów, wprost z łąki, a ktoś by powiedział : uważaj, zakapiesz podłogę..

Niepotrzebne są już nikomu doświadczenia. Jak pochód Hunów wkracza młodość, siła, brutalne łokcie robią sobie wokół miejsce.Nowe miejsce, nowe biurko w nowym miejscu, nowe decyzje na stare czasy, za chwilę nowy dom, który zaludnię starymi wspomnieniami.
Po raz kolejny muszę wstać i przesunąć się, kiedy wreszcie zsunę się z ostatniej, mojej własnej tylko krawędzi ?

Nie , jestem tylko trochę zmęczona, powiedziałam bezgłośnie. I tak nikt nie słuchał.
Jedźmy, nikt nie woła.

sobota, 1 sierpnia 2009

zmęczenie

(...) Drogą od myśli do maszyny
drogą od łódki do okrętu
skąd idziesz, że nie jesteś pewien
wierności wymyślonych sprzętów ?
Gdy wchodzisz w las stajesz się drzewem,
co w twojej ciszy się rozrosło.
A kiedy nurt przemierzasz łódką - wtedy udziela ci się wiosło
. (...)
Marek Grechuta / Wędrówka

Drogą od ogółu do szczegółu zawędrowałam w ślepy zaułek.
Jak dobrze - myślę czasem - byłoby wykonywać najprostszą z prostych pracę, robotę fizyczną, harówkę, zapieprz, zapierdol nawet - by nie musieć znów podejmować_decydować_odpowiadać_świadczyć.
Skąd idę, ze nie jestem pewna wierności wymyślonych sprzętów ?
Wczoraj : Klient : ja = 1 : 0
Poproszę o urlop. Najlepiej zaraz. Najlepiej na długo.

czwartek, 30 lipca 2009

O tempora, gdzie przyjaźń ?

Po odejściu T. przyszedł do nas list. Do siostry i do mnie.
List pisany na maszynie, czyjąś zapewne sprawną, młodą wystukany ręką, podpisany zaś chwiejnym pismem :
Hans B, Schleswig, 3.7.09.


To list od wiernego przyjaciela T., Niemca, lat 77, który w przepięknie prostych, najszczerszych słowach wspomina cud przyjaźni z T.
Przyjaźni, co przetrwała czas zagłady :
" (... ) Later on, it was by Jerzy`s merit, that our friendship was lasting so long, because whenever he din`t hear of me, Jerzy initiated a meeting, or he sent a letter to renew the correspondence. Astonishing enough, the different nationality did not separate us from one another , at no time. In this point, both of us had to be proud of our fathers who did not, even during the War , take part in enmity or hatred against persons or families of different nation, religion, etc., though everybody did so in that time (...)"

Czytam ten list, między ciepłymi słowami mieszkają emocje, które przetrwały ponad pół wieku, żal za czasem, który już nie wróci, za wiernym przyjacielem, którego już nie ma. Trudna przyjaźn pomiędzy H. i J., między Niemcem a Polakiem, przyjaźń w czasach nienawiści, złych wyborów i niepewnych przekonań.
Czytam ten list i myślę, dlaczego w tak łatwych, sytych czasach na tak miałkie i płytkie stać nas uczucia? Co sprawia , że brak nam wierności w przyjaźni, w miłości także mamy deficyty, a wysiłek spotkania przyjaciela jest wysiłkiem wybrania numeru do korporacji taksówkowej ?
W powszedniej politycznej poprawności naszej obce są nam wybory "to take part in enmity and hatred (...) against different nation, religion.." .
Jedynym słusznym wyborem dziś jest, czy sieć orange lub plus ma dla mnie jeszcze kilkadziesiąt darmowych minut, i czy chcę oszczędzić mojemu kciukowi atrofii od banalnego wstukiwania "emotikonów" w emocji krótkiej jak sms.

List jest myślą obleczoną w słowa, emocją przepiętą przez znaki przestankowe, chwilą zawahania nad czystą kartką, zanim wybrzmi coś, co trudno będzie wymazać.
List jest wysiłkem większym niz post w blogu, jest skupioną energią nad czystą kartką , jest czasem darowanym jednej tylko i jedynej osobie.
Piszmy listy.
Nawet elektroniczne. Nadal zachęcam.

Pawiem i papugą

Spotykam ich dziś, dawno nie widzianych, i opowiadamy sobie wzajem kilka naszych kamieni milowych z ostatnich miesięcy. Oni mają swoje dobre historie, które właśnie im się przydarzyły, marzeń, które się spełniają, i cudów, które za kilka miesięcy przydarzać im się będą.
Ja mam torebkę swoich bajek, czasem trudnych, czasem śmiesznych, zwyczajowo normalnych. Garść suchych faktów, tym bardziej faktograficznie przedstawianych, aby łzawymi się nie okazały.
Opowiadamy sobie wzajem, a na ich twarzach moje historie, te najpoważniejsze, te gdzieś ze środka mnie, wywołują uśmiech, śmiech nawet wywołują. Chciałabym to wymazać, zmienić, a nie umiem. Oni nie umieją już widzieć mnie inaczej.
Co powiem - jest zabawne, inteligentne takie i szalenie dowcipne jest.
Co mnie spotyka, niech stanie mi sie nauczką na przyszłe czasy, moralitetem błędów, lekcją pokory.
Czego zaniechałam - myślę smutno - gdzie na fałszywą grałam nutę, że zakłada mi się tę błazeńską czapkę ? Jak to się mogło stać, że w chybionych próbach przetrwania odebrałam sobie prawo do błędów, do smutku, do żalu ?
Rozpaczliwie krzyczę gdzieś ze środka, duszę się łzami : posłuchaj mnie, wysłuchaj..

Ona jest taka zabawna, prawdziwa dusza towarzystwa - myślą- i miło uśmiechają się do mnie.

środa, 29 lipca 2009

no ile ?

O świcie obudził mnie budzik i pytanie, gdzieś u progu świadomości : czy dziś jest niedziela ? czy mogę odpocząć ? A wtedy na powierzchnię myśli wypłynęły szybko : przeprowadzka, środa, trzy spotkania, rozżaleni klienci, pensje, płatności, brak internetu w firmie, bałagan, kartony i samochód, pełen nierozpakowanych rzeczy. Przebierając się w strój do joggingu włączyłam laptop, żeby sprawdzić kalendarz.
A on padł.
Laptop, nie kalendarz. W ciagu dwóch miesięcy - trzeci raz. Z czarnego ekranu zakrzyczały krzaczki uszkodzonego znów dysku.
Rozpłakałam się.
Buty do biegania spojrzały na mnie smutno z balkonu : czy pani nie wychodzi dzis z nami do lasu ?
Nie , pani nie wychodzi. Pani na starym, zdezelowanym fujitsu_siemens wystukuje słowa :
ile jeszcze ? No ile ?

wtorek, 28 lipca 2009

złe przyzwyczajenia

O szóstej rano obudziło mnie słońce i dzwony w pobliskim kościele.
Jestem szczęśliwa , pomyślałam. A potem szybko mi przeszło.
Właściwie dlaczego ?

poniedziałek, 27 lipca 2009

Eight days a week

"(..) Główny jednak oręż piratów stanowiła ich umiejętność zaskakiwania innych . Nikt nie mógł uwierzyć, że można być aż tak zachłannym i bezlitosnym, a potem było o wiele za późno."
Kurt Vonnegut "Śniadanie Mistrzów"

Przeprowadzka , co zdarza się raz na kilka lat, internet wisi, telefony głuche, projekty w kartonach, upał i bałagan, a oni.. atakują. Uprzedzeni, przeproszeni i dopieszczeni. Proszeni o dwa dni cierpliwości, o małą kroplę w morzu ich nieustannych oczekiwań.
- Co jest, k..
- mówi mi dziś jeden - mam dość, , już w zeszłym tygodniu prosiłem o zestawienie x do miejsca y..
- Nie w zeszłym tygodniu, tylko w piątek - odpowiadam grzecznie - dziś jest poniedziałek, a wiesz, że właśnie przeprowadzam biuro ! Czy nie możemy wstrzymac się z tym do jutra ?
Powiedziałam do j u t r a , nie do świętynigdy, powiedziałam wstrzymać, nie odwołać, powiedziałam..

Wszystko musi byc zaraz, natychmiast, już.
Jak rozkapryszone, niebezpieczne dziecko sięgają do naszej prywatności, żądając ciagle nowych atrakcji, łakoci, prezentów, i najcenniejszego - czasu. Zawsze czasu. O dwudziestej drugiej w niedzielę i przez osiem dni w tygodniu.
Wpuszczamy ich na pokład, na abordaż, jak nieszczęsny Inka Atalhuapa pozwalamy im gościć się w naszych umysłowych progach.
Gościnnie gościmy, lubimy te robotę, po prostu. A jednak - w zamian za inkaską komnatę projektów dostajemy żale, które ważą tyle co nasze próbki na regałach : "co jest, czekam już za długo !"
Trudno uwierzyć, że można być tak zachłannym i bezlitosnym.
A potem jest już za późno.

********88
ps. przeczytane na temat u Mariusza Szczygła :
Powinienem powtórzyć za Ireną Dziedzic: „Dziennikarze wykonują zawód „służebny”, ale wbrew podobieństwu tych słów nie „usługowy”.
I o to chodzi, i o to chodzi.. Architekci takoż.

niedziela, 26 lipca 2009

Bąbelkowo


Przeprowadzam firmę. Jest kilka cennych rzeczy, które należałoby przyzwoicie opakować, więc udaje się do OBI, gdzie drogą kupna chciałabym nabyć folię do owinięcia tychże.
Zamiar to ambitny i wielce depresjogenny, gdyż na wysokiej pozycji moich wyobrażeń o piekle jest hipermarket budowlany w lipcowe, niedzielne popołudnie.
Trudno : czas wojny, Bóg wybaczy. Zaczynam .
Na dziale budowlanym spotykam Pana nr 1 :
- Dzieńdobry, gdzie dostane folię bąbelkową ?
- Oo, to chyba na materiałach dekoracyjnych, tu nie ma ..
Mimo wieloletniego doświadczenia jako projektant dekorator trudno mi sobie wyobrazić,
co
miałabym udekorować folią bąbelkową, no, chyba że szykowałabym obciachowy wystrój sali szkolnej na studniówkę pt. Odyseja Kosmiczna 2009.
Dział dekoracyjny więc r a c z e j odpada.
Złapany w przelocie pomiędzy lampami a przedłużaczami Pan nr 2 robi długą minę, i już czekam, jak wyśle mnie na dział wanien z hydromasażem. ( W końcu pytałam o b ą b e l k o w ą, nie ?) .
- Oo, nie prosze pani, TU nie, ale TU ma pani folie malarskie, o, w paczkach !
Lipa w paczkach to nie ja, mam dziś koturny, i lekko mnie już bolą nogi, ale dzielnie podążam do kolejnego działu.
Pan nr 3 na dziale budowlanym jest pomocny, ale folii nie ma w paczkach, tylko w rolce, i nie ma nożyczek, poza tym udziela fachowej porady małżeństwu, w sprawie doboru farb do salonu.
- Myśli pan, że to wystarczy, mamy takie szafki, segment taki i rogówkie, i chcielibyśmy oblecieć tylko w koło.. Aha, a trzeba to jakoś zagruntować, bo my teraz taki raczej jasny mamy.. ?
Bliska już jestem, żeby się wtrącić i poradzić małżeństwu, żeby najpierw kupili mydło techniczne i umyli ściany przed malowaniem ( może Pan nr 3 znajdzie w tym czasie nożyczki.. ), ale najwyraźniej moc nie jest ze mną, poza tym jestem tu incognito, więc ruszam do części Ogród, gdzie Pan nr 3 wysyła mnie niedbałym machnięciem nadgarstka..
Wiedza `d o c z e g o` , swoją drogą, ludzie używają folii bąbelkowej ` w o g r o d z i e` już nie jest na moją inteligencję i wykształcenie, ale idę. Wlokę się.
W końcu musisz jutro zapakować te kilka komputerów i obrazy, pamiętaj !
W dziale Ogród spotykam Pana nr 4 i Pana nr 5, rozprawiajacych o seksie przy wężach i nawozie ( w paczkach, na szczęście ! ) :
- Słuchaj, co to jest za dupa, wczoraj ze spatifu wysłałem jej esemesa.. Folia bąbelkowa ? Jak pani nie znajdzie na tymtam , to nie mamy !
- A gdzie jest tymtam ? , pytam , bardzo juz zdesperowana, żeby jednak kupić.
- A tam, na bębnie, jakby co, to kolega pani utnie !
( Zaraz ja ci, kurwa, utnę - gryzę się w język, bo jednak lubię moje komputery i obrazy, i naprawdę muszę je zapakować. Poza tym jest niedziela. Pokój między chrześcijany. Pax vobiscum.)
- O, to dziękuję, wrócę na dział budowlany.
I wracam. Pomocny Pan nr 3 najwyraźniej sprzedał już małżeństwu farbę do salonu, bo jest cały mój.
Nie mija osiem minut, które spędzam, oglądajac ludzi wybierających nakładkę na deske sedesową ( ... jak myslisz, różowa, czy niebieska .. ? ) jak Pan nr 3 triumfalnie znajduje nożyczki, które do złudzenia przypominają nożyczki do paznokci. Tylko do złudzenia. Na pewno tną. Na pewno.
Większy kłopot z miarą , która trzeba odmierzyć moje pożądane dziesięć metrów bieżących, bo miara nie pozostawia już złudzeń. To kawałek sfatygowanej metalowej listwy, który nawet nie leżał przy słynnym wzorcu metra z Sevre.
Pomagam pomocnemu Panu nr 3, odmierzamy co moje, utyskując nad prymitywnym oprzyrządowaniem profesjonalnego marketu, przy czym Pan nawet zdradza mi swoje polityczne animozje :
- ... miała tu być wielka Unia Europejska, proszszpani, a tu co ? Musimy chyba jeszcze w Polsce kilka lat poczekać..
Taa, i oto mamy eurosceptyka, a już myślałam, , że ten polityczny trend za nami. O naiwności inteligenta !
Zmierzam do kasy, nogi mnie bolą, z rachunkiem i zwitkiem folii bąbelkowej pod pachą, a Pani w Kasie pyta :
- Dwadziściatrzyośmdziesiąt, proszsz.. Zapakować ?
( Nie, kurwa, proszę mnie tym owinąć na miejscu ! Tylko niech pani nie zapomni zadzwonić do TVN24, może trafię do wydania wieczornego ! )
- Dziękuję. Super. Gotówka. Faktury nie trzeba.

Jutro moje komputery i obrazy będą bezpiecznie, miękko, bąbelkowo owinięte.
Jak dobrze.

Podróż za jeden francuski uśmiech

Jeden mały krok człowieka , wielki krok ludzkości : to MC zwleka się z łóżka, w stronę prysznica co rano. Wśród chaosu mokrych ręczników i wczorajszych bokserek jego stopy znaczą czystą podłogę stygmatami poranka.
Potem kawa, celebrowana z najmożliwszą z powolnych powolnością : nie wyłączony ekspres na awaryjnych migocze do mnie z kuchni.
Czy sądzisz, że powinienem tam zadzwonić.. ? Pojechać .. ? a może nie podniosą słuchawki .. ? - pyta z nadzieją, jakbym miała odroczyć mu wyrok obowiązku. I wkraczam ja, pełna matczynej uwagi i krzepiącego entuzjazmu , dziś nie ma zawiasów, sąd oddalił apelację w ostatniej instancji : do roboty, no już !
- Nie chcieli mnie, nie ma tej pracy, już sam nie wiem, po co mi te całe wakacje... : to popołudnie w oparach smutku, w pościeli, w szarości.
- Jak znajdziesz łózko, to mi je pokaż, nie widziałam go od kilku tygodni,
robię błyskotliwą uwagę do bałaganu w pokoju, zmęczona jestem pociąganiem za włosy, które ledwo sterczą ze skłębionej pościeli.
Wieczorem kilka esemesów, słowa i obrazy biegną po elektronicznych ścieżkach Skypea, a nadzieja ma kształt trójkolorowej, francuskiej kokardy :
- Czy mogę jechać jutro stopem do
Paryża, Mom ?

I już przed nim tylko jeden wieczór przygotowań, śpiwór, szczoteczka, kilka euro od wszelkiego złego, ten co wlecze się pod prysznic w porze lunchu dziś z szybkością szybkostrzelnego kałacha sprawdza połączenia i noclegi : o świcie elektryczny do Słupska, potem pospieszny do Szczecina, potem już tylko kilka kroków do granicy : dlaczego we mnie nie wierzysz ? popatrz, opracowałem już jedną czwarta trasy .!
Tę łatwiejszą jedną czwartą, myślę, a za oknem deszcz przelewa się przez parapety i oczami wyobraźni widzę go, jak stoi w tych strumieniach wody gdzieś miedzy Monachium a Verdun., i macha do świateł tirów, które nie biorą w podroż za jeden uśmiech..

Na stole rano czytam list : "Trzymaj za mnie kciuki, żebym szybko ( i przyjemnie) dojechał.., całuję, J, i współczesny Don Kichot rusza do swojej Dulcynei , a pudełko z makaronową pastą jest mu w tej podróży jedynym Sancho Pansą.

Już za Hanowerem _stop_ sami mili ludzie_stop_w nocy będę w Dunkierce_ stop_naprawdę dobrze _ stop_ za 30 km Holandia_stop_19 godzin w podróży i jest pięknie_stop_ już od godziny jestem w Paryżu_stop_strasznie głodny_stop_okropnie śpiący_stop_ ale warto było jechać !
Zjedz coś i żyj ! odstukuję i patrzę na podłogę, gdzie dawno wysechł już ślad mokrej stopy mojego syna.
Jeden mały krok człowieka, wielki krok ludzkości.
Krok w stronę miłości o barwie francuskiej kokardy.

środa, 22 lipca 2009

Imię róży


Spotkali się starsi o dziewiętnaście lat.
Tych lat, których nie mogli dodawać, odejmować, mnożyć ani dzielić. Fascynujące równanie życia.
Oboje mieli swoje wspomnienia, co jak drogocenny haft, czasem z postrzepioną nitką, złotogłowiem malują obraz minionych dni. Wieloletni, zblakły arras zapomnianych dawno zdarzeń, słów, których już nie słychać i ludzi, którzy odeszli.

Mieli razem dobry czas. Pili wino ze smukłych kieliszków, w drogich restauracjach jedli palcami wykwintne potrawy, włóczyli sie po dziwnie pustych o tej porze roku plażach, patrzyli w to samo morze, co na dwóch brzegach obmywa inne kamienie. Dym z jego papierosów poszarzył zatarty napis na pochylonej płycie nagrobnej w Pucku.
Nie był inny od mężczyzn, którzy mieli zostać na zawsze, a zatrzymali się na kilka lipcowych nocy.
"I`m already disillusioned" - powiedziała.
"Thank you for your hospitality"- powiedział.
I tylko spóźniony zegar na protestanckim kosciele w Sztokholmie wybił godzinę pąsowej róży.

poniedziałek, 20 lipca 2009

wspomnienia

"Azul es el color del rojo cielo
volvera, volvera a mi esta noche
Azul es el color que siente a dentro
Matador no puedo esconder mi temor"

Niebo nad Warszawą w czwartkowy wieczór było błękitne za smugami czerwieni.
Poniżej nieba - meksykański upał.
Spotkanie po dziewiętnastu latach jest jak czas, którego nie było.
Wspomnienia. I cuda, które zdarzają się wcale.
Dobrze jest być na chwilę na wakacjach.


wtorek, 14 lipca 2009

epistolografia

`jeśli to, co usłyszałem i zrozumiałem w środę nie jest tym, o czym myślicie państwo w poniedziałek, to proszę o uwagi - we wtorek albo środę - do naszych rysunków, które zostaną rozesłane za kilkadziesiąt minut. `



Sztuka pisania maili wielką sztuką jest, i ona mnie zachwyca.