poniedziałek, 31 marca 2008

jedziemy na wycieczkę.. ciąg dalszy


Zbudowała Dom na Wyspie.
Długo czekała na właściwy moment, marzyła i liczyła, sprawdzała różne miejsca, szkicowała na piasku kolejne projekty.
Fale przypływu przez lata zmyły już kilka z jej planów. Na mokrym brzegu zawsze pozostawały wtedy już tylko niewyraźne zarysy , szkice, cieniutkie, niezdarne projekcje – jak obietnica niemożliwego, co nigdy nie nadchodzi. Pajęczyna niesfornych myśli.
Uparcie jednak wracała do celu i …
Dom był mały. Nocą ściany zamykały się wokół niej jak kruche skorupki jajka. Leżała w ciemności , z szeroko otwartymi oczami i liczyła przelatujące nad wyspą gwiazdy. Jedna, druga, szósta.
Kiedy nad stalowym morzem pokazywała się cienka linijka słońca , zwykle udawało jej się zasnąć. 

Nie miała już przecież gwiazd do liczenia - wszystkie pospadały do wody.
Rano wychodziła przed Dom - szorstki piasek pod powiekami i na stopach przywracał Jej realność dnia. Wracały kształty, zapachy, faktury. Czuła sól w powietrzu, zapach ryby znad zatoki, szorstkość kamieni pod bosymi stopami.
Świetlista przestrzeń pustej plaży była dla niej jak czuły okład na zmęczoną głowę.
W ciągu dnia kładła się na granicy piasku z wodą, i czekała, aż pierwsze fale zagarną jej małe, sypkie terytorium. Potrafiła trwać w tym bezruchu kilka godzin – parny balans pomiędzy jasnym dniem a nadchodzącą nocą.
Bezsenność nocy stawała się dla niej sennością rozgrzanego piasku i jednostajnym szumem fal, rozbijających się gdzie daleko.
Jadła niewiele. W te rzadkie dni, kiedy dotkliwie odczuwała swoją samotność jedzenie było dla niej jak czyjaś obecność. Jednak to uczucie szybko mijało, i znów zapadała w swój postny rytuał.
Wyspa była mała, nikt nie przypływał na nią.
aż wreszcie pewnego dnia ...
...
Tego dnia obudziła się bardzo wcześnie .
Słońce dopiero wstawało nad kreską horyzontu. Mgliste i niewyraźne promienie, zwiastujące nadchodzący upał lizały próg domu.
Od razu po przebudzeniu poczuła że coś na Wyspie się zmieniło.
Było to niepokojące, irracjonalne i nowe uczucie czyjejś - niechcianej tutaj - obecności..
Na brzegu morza, kilka metrów od domu leżało kilka skrzyń. W promieniach wczesnego słońca wyglądały prawie nierealnie : ciemne, mokre cielska ; zmurszałe drewno lśniące w słońcu jak stado kwadratowych fok, zakotwiczonych w piasku swoim wilgotnym ciężarem.
Zbliżała się powoli, rozglądając niepewnie, czy ktoś nie towarzyszy nieproszonym gościom. Jednak - nie licząc tych czterech bezpańskich kształtów , na wyspie, prócz niej jak zwykle nie było nikogo.
Przez cały ranek i część popołudnia chodziła wokół skrzyń, dotykała ich chropowatej powierzchni, węszyła piasek nieufnie jak myśliwski pies. Nasłuchiwała.
Z wnętrza skrzyń unosił się bezustanny miarowy szum – monotonne frazy, jednostajne ciche szemranie i rytmiczne stuki, przerywane od czasu do czasu mocnym akordem…
Pod wieczór - nieodrodna prawnuczka Pandory - dała wreszcie za wygraną.
Kilka godzin pracy w zmierzchającym świetle dnia- i odwalone wieka skrzyń ziały przed nią otworem.
Z ciemnego wnętrza skrzyń, w tumanie trocin – wyspały się na piasek plaży –
z e g a r y ..
Nie zabrakło żadnego : kwarcowe, wahadłowe, kołowe, wiszące, stojące zegary z kukułką, niemodne chronometry; staroświeckie , pożółkłe cyferblaty; zimni elektroniczni mordercy dodatkowego Czasu z lotnisk; zegarki na rekę i zegarki do butonierki; wielkie zegary dworcowe, co od lat pokazują godziny spóźnionym Podróżnym; drobne kieszonkowe zegarki ze złotą dewizką; rozkoszne cacka francuskich kurtyzan przyczepione do srebrnych pince-nez, proste robociarskie czasomierze z pękniętą szybką i stalowym paskiem; plastikowe prezenty dla dzieci na Dzień Pierwszej Komunii ; wysadzane brylancikami Svarowskiego seksowne pierścionki żon mafii ; szeregi rozsypanych cyfr na designerskich szklanych powierzchniach na bar micwa ; ciche spóźnione klepsydry ze zszarzałym piaskiem; zegary wahadłowe, wodne i słoneczne .
Byli tam wszyscy - Niezmordowani Poszukiwacze Straconego Czasu…
Zegary pokazywały czas we wszystkich zakątkach świata ...
W Nowym Jorku szykowali się na lunch, w Delhi tulili nabite łupieżem głowy do jedwabnych poduszek, w Vancouver mieli już sobą pierwszy poranny jogging, w Swierdłowsku właśnie uprawiali seks, w londyńskim City wyprowadzali samochód z podziemnego garażu po neurotycznym dniu pracy, w Warszawie pierwszy selekcjoner otwierał drzwi smutnego – modnego klubu, w Pekinie pigułka na sen pozwalała zmrużyć skośne oczy, w Nairobi żadne już światło nie rozjaśniało tej szosy w opustoszałej wiosce, w Brazylii rozpuszczał się cukier w gorącej jak pierwsza miłość czarnej kawie..
Zegary były mniejsze i większe, duże i małe, piękne i szkaradne, sprawne i kulawe, stare i całkiem nowe - ale każdy z nich spełniał powierzone mu zadanie -
m i e r z y ł  C z a s.
Od tego dnia jej życie się zmieniło. Zmieniło się z każdym uderzeniem zegara.
Wstawała codziennie o 5.42 ( no, chyba , że zaspała ..) .
O 6.12 jadła ( spóźnione ! ) śniadanie. O 6.58. wychodziła na plażę. Leżała i liczyła uderzające w brzeg fale do 8.19, aż pierwsze łodzie rybackie na horyzoncie wracały z nocnego połowu. Do 12.18 drzemała w cieniu na hamaku powieszonym pomiędzy drzewami za domem. O 14.26 była już po skromnym posiłku. O 16.18 kończyła drugi tego dnia obchód wyspy – który wykonywała w 17 minut i 35 sekund.. O 18.10 niesmaczna kolacja , połknięta pospiesznie przy akompaniamencie jednostajnego tykania – wieńczyła jej pracowity dzień.
Krótka kąpiel w morzu ( od 19.40 – 20.08), prysznic ( 3 minuty) i już o 21.00 mogła położyć się i próbować zasnąć..
O 23.16 myślała o ostatnim przemówieniu noblowskim i szpilkach od Jimmy Choo. O 23.58 była na wycieczce we Francji, o 01.17 rozluźniała plecy i myślała o seksie, o 2.11 kupowała nieruchomości na Malediwach, o 2.58 przykuwała się łańcuchem do pnia drzewa nad brzegiem Rospudy, o 3.28 grała w pokera z przyjaciółmi.
O 4.06 – zasypiała wreszcie nierównym snem , przerywanym miarowymi uderzeniami zegara na dachu jej domu.
Pewnego dnia zaspała. Tej nocy śniła cudowne sny – o wyspach pełnych ludzi, lodówkach pełnych cholesterolu, szafach pełnych czerwonego wina, poduszkach pełnych snów i domach pełnych zwierząt ..
Obudziła się około południa ( nie sprawdzała … ), wypoczęta, wesoła i .. głodna
Odrzuciła skłębione prześcieradła, przeciągnęła się i naga wyszła na brzeg morza.
Z głębi domu , z sypialni, z plaży, z podwórka i ze spiżarni – wciąż towarzyszyło jej nieustające, namolne tykanie.
Co jest, kurwa ? - pomyślała - Przecież szczęśliwi czasu nie liczą ? Co ja tu robię ? Dalej mi tam..
Z tą myślą chlupnęła do wody ..
I tyle ją widzieli ..
https://images-blogger-opensocial.googleusercontent.com/gadgets/proxy?url=http%3A%2F%2Fi.ytimg.com%2Fvi%2FGSCBqoheQN8%2Fdefault.jpg&container=blogger&gadget=a&rewriteMime=image%2F*



..magiczne słówka .kilka z nich.

.. dobry Bóg rozdaje miejsca w Raju, dla tych co kochają.. Dla nas. Ciągle dla nas. Tylko - uwierzmy w Cud.
----------------------------------------------
`(...)cuda są
jedynie dla tych co kochają
Pan Bóg dobry dobry dla tych którzy wierzą w cud
nie kochanym obiecuje wolne miejsce w raju "
AN
---------------------------------------
D. dziś :
bez magicznych słówek nie mozna życ. To od nich zależy - czy człowiek jest dobrym człowiekiem.
I oto są :
proszę, przepraszam, dzień dobry, dziękuję, kocham cię.
Przed użyciem NIE konsultuj z lekarzem lub farmaceutą. Używaj.

sobota, 29 marca 2008

"Przydarza się niemożliwe. Niekiedy. Niemożliwe według nas. Może dlatego, że patrzymy szerzej, głębiej. Widzimy tylko to chcemy zobaczyć nie zwracając uwagi na splot zdarzeń."
AN.
......
Przydarzają się cuda. Codziennie. Nieustająco. Ciągle na nowo.I ciągle przepiękne.
Ktoś kaszle nad ranem. Ktoś sie uśmiechnie bez przyczyny i skutku. Toczy się rozmowa.Świeci słońce. Smakują czekoladowe lody.Kot śpi. Pada deszcz. Krzyczą mewy.

A my zamiast na nie czekać, zamiast je uznać - kombinujemy, dokładamy racjonalne strachy, podsypujemy rzeczywistymi spekulacjami, martwimy sie na zapas. A cuda polegają przecież na prostocie. Niech się darzą.

czwartek, 27 marca 2008

ptaki, ptaki

Czy zapisane słowa mają moc sprawczą ? Nazywanie zdarzeń zatrzymuje je na dłużej w mojej zbolałej głowie, a pod powiekami nagle kwitną mi obrazy, które zapierają dech w piersiach. Pewnie, że nie wszystkie, nie ciągle, nie całkiem - nic nie jest przecież dane na zawsze.
I nic nie jest dane na prosto.
Na trudno jest dane. To tak.
Niektóre kamieniem mi raczej i wilkiem, niż chlebem i solą.
Niektóre jednak dopowiadam sobie, wyjmuję z realności dni, oglądam, dośpiewuję na dowolnej frazie.. Fibonacciego lingwistyczny ciąg skojarzeń , czy raczej.. słowa jak ptaki, które wyfruwają z gniazda ?
Ale co bym bez słów moich zrobiła ? Czyż nie stałabym sie bez nich jako cymbał brzmiący i miedź dźwięcząca ?
Próbuję, uczę się wciąż na nowo , zawracam, zawracam.
Nieporadnie nazywam rzeczywistość - ale jednak, wreszcie - dotykam jej.
------------------------------------------------------------------
Nad polami w sobotę widziałam sznury ptaków, które przyleciały z powrotem, nieuzasadniona obietnica rychłej wiosny, co jak na razie nie chce nadejść. Widziałam długie klucze szarych podróżników w wirujących płatkach śniegu, na tle ołowianych chmur. Wracajcie chłopaki, wiosny ni ma !


środa, 26 marca 2008

stare cieliste rajstopy


Oto moja lista zadań na dziś, przepis na wróżkę.

kula styropianowa ( ludzka głowa )
stare cieliste rajstopy
coś za włosy
sznury lub sznurki
żyłka do prania
patyki grubsze lub listewka
igła i nici
pudełko po kozakach
( ..ciekawe, czy na obcasie ? [przyp.tłum] )
twardy drut
kokardy , wstążki
pantofelek ( jeden, mały )


Po zdobyciu wszystkich niezbędnych ingrediencji - pomyśl życzenie. Staraj się podążać za prostą zasadą
I nie zapomnij : PANTOFELEK - jeden, mały .

wtorek, 25 marca 2008

_dziękczynnie_

benedictus

błogosławieni, którzy słuchają, gdy inni mówią
błogosławieni, którzy widzą, gdy inni patrzą
błogosławieni, którzy budzą się , gdy inni zasypiają
błogosławieni którzy idą, gdy inni stoją
i wstają ,gdy inni siedzą

błogosławieni, którzy nie mówią wszystkiego, co myślą
lecz myślą o wszystkim, co mówią

błogosławieni , którzy patrzą na drugiego z góry tylko wtedy, gdy pomagają mu wstać na nogi

błogosławione szare przedświty, mgliste poranki, bezsenne noce, żarliwe wieczory
błogosławiona naiwność, nieśmiałość, nieufność i słabość.

albowiem oni, dla nich, przez nich, w nich..

małe sukcesy

króciutka przed_wiosenna historyjka

dziś po południu w domu
zgubiłam
moją .. milutką, mięciutką, cieplutką, pachnąca, otulającą, kolorową, ulubioną, jedyną, nową, przytulną, przed_wiosenną, spacerową, wygodną, pocieszającą, apetyczną, zaprzyjaźnioną, uroczą, twarzową..

chustę

znalazłam ją wieczorem .. w mojej sypialni

poniedziałek, 24 marca 2008

ta ostatnia Niedziela


..

Wielkanocna Niedziela – w wawie chłodna i bezlistna. Na Anioł Pański bija dzwony, niech będzie Chrystus pochwalony; zimno, za chwilę deszczowo. Po opustoszałych ulicach jeździ sie gładko. To pierwsze moje takie Święta - Panna Nikt na Ziemi Niczyjej..
Niech tak będzie.Inaczej .
Odwiedzam Powązki, o tej porze dnia i roku - cudownie puste. Płyty z piaskowca pokrywa zielonkawa szadź mchu. Na zmurszałej powierzchni trudno odczytać nazwiska .Gdzież jeszcze , prócz płyt nagrobnych zobaczę takie odmiany : Dzieduszycka z Odojewskich,Horawianka, Wigurzyna, Przystalska z domu Rohozińska, Korczak-Komorowscy i Drohobyscy, liczny korowód tych, którzy odeszli, za którymi tęsknić przychodzi w ten przejrzysty, marcowy poranek. Przec my tylko już : Boczek, Mańczak, Guzek i prawy do lewego..

Miedzy alejkami drobna staruszka w czarnej mantylce i futerku z karakułów zapala świeczkę na jednym z grobowców.Jakże już niewiele tych warszawskich staruszek - schludnych, samotnych, zapalających lampy na opustoszałych grobach. To te groby trzymają je nadal po tamtej stronie rzeki. A przecież za Hanną Krall pamiętam że tam już nie ma żadnej rzeki..

Na grobie Krzysztofa Kieślowskiego zapalam lampkę : za `3 kolory. Niebieski`. Dziękuję.

Przed cmentarzem kupuję Pańską Skórkę.. biało – różowa mordoklejka, cmentarny relikt przedwojennej Warszawy, przedziwny słodki smak opatentowany juz chyba w Unii jak oscypki i ...smalec ? Oto pamiątka moich Świat tegorocznych - niewielki zwitek lepkiej słodyczy w bocznych drzwiach mojego auta. W drogę.

piątek, 21 marca 2008

ten dom

Wielko_Piątkowo dziś zawracam .. tym razem na wschód.
Daleko. zimno.

Zawracam, zawracam ... :

[Sopot, marzec 2006]

Wczesnym świtem , tuż przed piątą rano Trójmiasto jeszcze śpi, unieruchomione mrozem. Szosa na szczęście jest czarna, jednak okoliczne pola wyglądają jak scenografia do Królowej Śniegu Andersena. Skute mrozem łąki migoczą srebrem. Drzewa stoją w białej szadzi – z perspektywy wyglądają jak wycinanki z bibułki – srebrzystobiałe, oblepione mrozem, delikatny rysunek bezlistnych gałęzi na tle czerwonej kuli wschodzącego słońca.

Warstwice chmur na twoją głowa, obłoków przeorany błękitdźwięczy mi w pamięci. Grechuta.

O. osiągam już w porze normalnego śniadania. Nigdy nie lubiłam tego miasta. Zawsze się tam gubię – brud, korki, źle oznakowane skrzyżowania, kolejki tirów wiozących towar za wschodnia granicę, chaos urbanistyczny.. Na jednym ze skrzyżowań widzę zmarzniętego psa , który z uporem podnosi co którąś łapkę – próbując przemieszczać się na trzech. Jego dobry, ludzki pan w tym czasie czyta poranną gazetkę i pali szluga na przejściu dla pieszych. Pieskie Życie czy Mondo Cane?

Dalej droga na szczęście robi się przyjemniejsza , zaczynają się jeziora , jest względnie pusto i coraz zimniej.. Czarno – biała mozaika szosy i drzew towarzyszy mi w tej trasie.. Jestem już zmęczona prowadzeniem, po wypadku boli mnie niezaleczona ręka, samochód sprawnie połyka kolejną setkę kilometrów, skończyły mi się płyty, radio traci zasięg i bardzo chcę już kawy..

Na miejscu czekają na mnie Siostra Maria i Siostra Barbara; jedna z nich … płacze na mój widok ! Śniłam jej się podobno , najwyraźniej czekały w lęku, że nie przyjadę, że nikt nie zechce w ten mróz gnać setki kilometrów, aby zobaczyć to Miejsce – odwiedzane jednak przez .. Boga i ludzi.. Nie wiem nawet, co powiedzieć, czuję się jednocześnie zażenowana i niezwykle wzruszona, rzucam kilka banalnych słów, z ulgą przyjmuję zaoferowaną kawę i skromne śniadanie. Do roboty..

Dom wielki i stary, chyba przedwojenny, oprócz tego kompleks nowych, połączonych budynków, kilka hektarów w parku pośrodku miasta. Trudno tu mówić o jakiejś spójnej myśli architektonicznej, trudno oceniać takie zamierzenie rankingiem publikacji w następnym MURATORZE.. W spisie treści tego czasopisma pod żadną pozycją nie znajdę tyle serca, inicjatywy i mądrości. Wszystko uporządkowane, zorganizowane, niejedna znana mi Matka Korporacja mogłaby się powstydzić swojego chaosu..

Siostry prowadza szkołę, Dom Dziecka i dzienny Dom Pomocy . 110 podopiecznych, prawie setka personelu, w tym 20 sióstr zakonnych. Zwiedzam z moimi przewodniczkami Dom, z każdym krokiem coraz bardziej urzeczona tym, co oglądam.

Wywietrzone, słoneczne pokoje lśnią czystością, łazienki mają kolorowe kafle, wszędzie widzę ergonomię, wygodę dla chorych dzieci - niesprawnych i nikomu – prócz Tego Domu – już niepotrzebnych. Wraz z Chłopcami mieszkają tu egzotyczne zwierzęta – witam się z żółwiem, który codziennie ucieka z akwarium, w klatce ćwierka Pan Pomarańczowy, w jadalni kolorowe ryby uspakajają nadpobudliwych podopiecznych jednostajnym ruchem..

Pokoje lekcyjne obwieszone kolorowymi osiągnięciami niesprawnych rąk : koślawe literki, zdjęcia, niezdarne wyklejanki z dumą prezentowane na ścianach powodują u mnie pieczenie pod powiekami. W jednej z sal przy mapie Polski ogromna tablica z datami urodzin i imienin Chłopców , przy każdym wpisie komentarz, życzenia, skromne dowody miłości ich opiekunów..

W sali terapii zajęciowej trafiam na grupę kilkunastolatków o mentalności przedszkolaków, z mozołem wyrabiających świece. Cieszą się na mój widok, pchają jeden przez drugiego, lgną do Sióstr, niezdarnie chwytają mnie za ręce i z przejęciem pokazują, co dziś zrobili..

Oto Prawdziwa Boża Podszewka – w tym jednym pokoju zgromadziły się chyba wszystkie możliwe schorzenia i przypadłości. Niektóre z dzieci tak niesprawne i chore, że z trudem mogą utrzymać się pozycji siedzącej na swoich wózkach. Powykręcani, brzydcy, ufni, z twarzami rozjaśnionymi uśmiechem na widok dwóch postaci w czarnych habitach – moich przewodniczek..

Chwalę kolorowe świece i butelki, wyklejanki, gliniane kubki, wraz z Siostrami odwiedzam kolejne pokoje : terapia muzyczna, terapia ruchowa, rehabilitacja, kuchnia, pokój Poznawania Świata, pokój Dźwięków, pokój Kształtów, pokój Faktur.

Ze wstydem myślę, który z projektantów z naszej pracowni potrafiłby to wszystko tam zmieścić. Kto pierwszy rzuci kamieniem, no kto ?

Siostry obeznane są ze współczesnymi technologiami i materiałami, na porządku dziennym jest u nich poczta elektroniczna i strony www z niezbędnymi adresami. Jestem pod wrażeniem ich przygotowania do rozmowy i pełnej świadomości własnych potrzeb. Na stole czekają na mnie próbki, materiały i dokumentacja, Oczekują ode mnie pomocy, profesjonalizmu, inwencji i odrobiny szaleństwa - chcą stworzyć swoim Chłopcom piękne, przytulne pokoje, zgodne z wymogami Unii. Terminy z prawa budowlanego jakich używam są im znane jak codzienny brewiarz.

Po chwili rozmawiamy już o ekologicznych źródłach energii, opalaniu kotłowni biomasą , i kłopotach z personelem. Siostry opowiadają z przejęciem o przyszłych planach inwestycyjnych, o uprawie wierzby energetycznej, hipoterapii i rozbudowie basenu. Przysiadam z zachwytu i podziwu.. W myślach przebiegam moich kilkunastu ostatnich klientów – który z nich pokazał mi to co dziś dwie zaradne benedyktynki ? Czy w znanym mi świecie biznesu , hojnie nawadnianym na co dzień dźwięczącą mamoną spotkałam kiedykolwiek tak sprawną organizację przy takim zaangażowaniu emocjonalnym ?

Po kilku godzinach pracy zbieram się do powrotu. Droga robi się coraz gorsza, a przede mną znów kilkaset kilometrów po pustych o tej porze mazurskich szosach. W głowie już projektuję kolejne skrzydło Domu , oddycham spokojnie, przeżywam na nowo to, co widziałam, nie czuję nawet kiedy mija mi droga powrotna.

Ecce Homo. Taaak..


stopniowanie przymiotników : blisko

bądź przy mnie blisko

bądź przy mnie blisko
bo tylko wtedy
nie jest mi zimno
chłód wieje z przestrzeni
kiedy myślę
jaka ona duża
i jaka ja
to mi trzeba
twoich dwóch ramion zamkniętych
dwóch promieni wszechświata

H.Poświatowska

czwartek, 20 marca 2008

.. atoli_zaiste_jakoby_przec

(...)"Dorośli wcale nie powinni czytać mojej powieści, bo są w niej rozdziały niestosowne, więc nie zrozumieją i będą się wyśmiewali. Ale jak chcą koniecznie, niech spróbują. Przecież dorosłym nie można zabronić, bo nie posłuchają - i co im kto zrobi?"

Janusz Korczak "Król Maciuś Pierwszy"

jedziemy na wycieczkę

Zbudowała Dom na Wyspie.
Długo czekała na właściwy moment, marzyła i liczyła, sprawdzała różne miejsca, szkicowała na piasku kolejne projekty.
Fale przypływu przez lata zmyły już kilka z Jej planów. Na mokrym brzegu zawsze pozostawały wtedy już tylko niewyraźne zarysy , szkice, cieniutkie, niezdarne projekcje – jak obietnica niemożliwego, co nigdy nie nadchodzi. Pajęczyna niesfornych myśli.
Uparcie jednak wracała do celu, była cierpliwa i ambitna, i … w końcu ...

Dom był bardzo mały.

Nocą ściany zamykały się wokół Niej jak kruche skorupki jajka. Leżała w ciemności , z szeroko otwartymi oczami i liczyła przelatujące nad Wyspą gwiazdy. Jedna, druga, szósta..
Kiedy nad stalowym morzem pokazywała się cienka linijka słońca , zwykle udawało Jej się zasnąć. Nie miała już przecież gwiazd do liczenia - wszystkie pospadały do wody.
Rano wychodziła przed Dom - szorstki piasek pod powiekami i na stopach przywracał Jej realność dnia. Wracały kształty, cienie, faktury. Czuła sól w powietrzu, zapach ryby znad zatoki, szorstkość kamieni pod bosymi stopami.
Świetlista przestrzeń pustej plaży była dla Niej jak czuły okład na zmęczoną głowę.
W ciągu dnia kładła się na granicy piasku z wodą, i czekała, aż pierwsze fale zagarną jej małe, sypkie terytorium. Potrafiła trwać w tym bezruchu kilka godzin – parny balans pomiędzy jasnym dniem a nadchodzącą nocą.
Bezsenność nocy stawała się dla Niej sennością rozgrzanego piasku i jednostajnym szumem fal, rozbijających się gdzie daleko.
Jadła niewiele. W te rzadkie dni, kiedy dotkliwie odczuwała swoją samotność jedzenie było dla Niej jak czyjaś obecność. Jednak to uczucie szybko mijało, i znów zapadała w swój postny rytuał.
Wyspa była mała, nikt nie
przypływał na Nią.
Aż wreszcie pewnego dnia ..

cdn


bum bum w kurzu

..ściana dźwięków zbudowana z niczego - kubki po kawie, blaszane pudełka, gazety i woda.
Muzyka śmieci i pasji. Rytmiczna perkusja absolutna .

Czy istnieje więc cokolwiek z czego nie może narodzić się dźwięk ?
Sprawdź sam , po prostu = WSTąP NA STOMP..

środa, 19 marca 2008

deszczowo


zawracam, zawracam, tym razem z Sopotu..

11.12.07

„(...) Na początku był deszcz. Padał od kilku dni i nieopodal kościoła Zmartwychwstańców woda wyżłobiła głębokie kanały , którymi płynęły z lasu patyki , źdźbła trawy i małe szyszki.(...)
Woda bulgotała na kamieniach wypłukiwanych z drogi, strumyki łączyły się ze sobą w jeden wartki potok, który spływał dalej i rozlewał się w ogromne kałuże (...). Wzgórze spowijała mgła, z gałęzi sosen i świerków spadały ciężkie krople i wszystko, także dachy domów i szczyt drewnianej dzwonnicy tonęło w jednostajnym szumie.”

Paweł Huelle „ Winniczki, kałuże ,deszcz”

Ciepły deszcz myje dziś samochody, roztapia wyboistą drogę w Małkowie, płucze ulice niespieszną wilgocią.. Tak jakby nie grudniowo, nie listopadowo nawet – za chwilę Święta, a deszczowa mgła spowija morze, ulice, molo. Klimatycznie i ciepło.
Późnym popołudniem oddycham na chwilę słonym powietrzem Sopotu, badam nową twarz mojego Miasta. Z plakatów straszą niezgrabne wizualizacje, przepowiednia sukcesu, idzie nowe.. Dlaczego jednak takie Stare, jeszcze zanim się Nowym stało ?

Pod Monciakiem już tunel, betonowa ściana odgradza od Reumatologii, Balneologii, deptaka; sylweta Grand Hotelu bliźniaczo konkuruje ze szkieletem Sheratona , do niedawna jak jedynaczka stała na tle szmaragdowego lasu. Ciekawe, czy się przyzwyczai ?
Oto bezpowrotnie, bezrefleksyjnie oddajemy widoki, na rzecz pewnych trafień w kasę. Już słychać kroki przeznaczenia, szelest liczarek - jeszcze chwila, ułamek, a stanie się.
W parku cytrynowo oświetlona Dzwonnica-Wronnica Kościoła Ewangelickiego tonie we mgle. Nadal, jak od lat łapie mnie za gardło. Wrony nad morzem ? Nie – mewy ... ?
W okolicznych krzakach i na trawnikach panoszy się nieokiełznany chaos budowy, jakby jakaś ogromna dłoń rzuciła w alejki te wszystkie rury, ciężki sprzęt budowlany, śpiące już wieczorem koparki, deski i papiery.. Brudno. Bogato. Zamykam oczy.
W ciemnościach poharatanych alejek jakieś pijaczki dilują – … piwem, prochami ? Co za ulga, coś jednak zostało na swoim miejscu..
Na zdjęciach A. w piątek widziałam Sopot_jakiego_już _nie _ma . Dlaczego zapomniał tak nazwać swój album ?


Najlepsza nad morzem jest zima.. Zimą mogę chodzić pustym sopockim parkiem, morze ma stalowoszary odcień, dyskoteki wzięły sobie wolne. Targowisko Próżności na kilka miesięcy opustoszało. Słychać mewy.

ze skrzyni

archiwalnie ze skrzyni dla Mojego Anonimowego gościa.. - pada pada śnieg, niech będzie więc dziś .. Sylwestrowo :

jacques brel / alejadrzew

31.12.2007 / 01.01.2008

(…)W pierwszym takcie walca jesteś
Sama, lecz uśmiechasz się już

W pierwszym takcie walca jestem

Sam, lecz wiem, że ty jesteś tuż..

I oto znów, nieodmiennie, jak co rok, zaczyna się ta wspaniała, szampańska zabawa..
Sylwester.. Koszmar fundowany sobie samemu za ciężką kasę. Doroczna pijacka celebra sukcesu mijającego, oczekiwań nieznanego, wypowiedzianych na nowo życzeń, spełnionych marzeń.. Wyfiokowane Panie Domu staną się na tę jedną jedyną noc księżniczkami z telenoweli. Utapirowane piękności zgubią bucik na schodach.. Czy i Kopciuszek doznał swojego przemienienia w Noc Sylwestrową ? Czy to właśnie w tę noc przemienienia Starego w Nowe dynia zamieniła się w karetę ?

 To jest walc na trzy pas
Co tę zaletę ma
Ma tę zaletę, że
Nie śpieszy się, ma czas
I nie ponagla nas
I nie ponagla nas..


Zaczynamy od Nowa.. Niech to będzie od dziś, niech się mi ziści, niech się spełni..

..zapiszę się na kurs francuskiego, salsy, tanga, jogi, gotowania.. Zajmę się ogródkiem, poddaszem, strychem, kuchnią, będę pracował mniej, będę pracowała więcej , wyprowadzę psa, pogłaskam kota, odwiedzę znów ojca, matkę ,teściową, zupa przestanie być za słona, schudnę 10 kg, przytyję 5, pojadę do Wenecji ,Laosu, Gwatemali, zostawię kochankę, poznam mężczyznę swojego życia, pokocham kobietę swoich marzeń, rzucę palenie, nie będę, zacznę, skończę, zrobię, zapomnę, zapamiętam,, wypowiem, zaprzeczę, zapytam, potwierdzę, odmówię, wybaczę, odpuszczę..

A już po chwili
To walc na dwadzieścia pas

To walc na prawdę pysz- ny,

Znacznie bardziej niż,

Daleko bardziej niż

Ten biedny walc na trzy pas..

Czarodziejka-gorzałka nielitościwie nas opuszcza, wracamy do naszych małych ojczyzn. Strugi niezimowego deszczu myją na pustych ulicach resztki szampańskiej zabawy. Ostatnie wybuchy zapomnianych petard, małe pokojowe niewypały nie pamiętają żadnej znaczącej wojny..
Niech nam się spełni to, co planujemy, czego oczekujemy, co przewidujemy , czego nie odkrywamy..

To walc na tysiąc pas
To walc na tysiąc pas

Walc, który dopadł czas

I w tysiąc pytań zgadł

Co trzeba zrobić, by

znów mieć dwadzieścia lat..

A wtedy wróżka powiedziała :  napiszesz notkę do bloga esemsem za 50 groszy.”. [Fosfor]
I oto nadszedł ten dzień, co nigdy się nie budzi.. - 1 stycznia 2008


anonimowa errata ?

..nie za Brelem, za ..Młynarskim chorujemy .
To pewnie z gorączki, hihi

wtorek, 18 marca 2008

..gorączkowo

powrót niechcianej zimy dokłada wyższych stopni w organizmie ..
Jak na dworze ujemne temperatury - w ciele m o c n o dodatnie.
I jak tu mysleć za Brelem :

(..)memu ciału wystarczy
trzydzieści sześć i sześć,
mojej duszy potrzeba znacznie więcej.
Memu ciału wystarczy
coś wypić i coś zjeść,
trochę pospać na boku, czy na wznak
i nasz cud gospodarczy
zapewnia mi to, lecz
moja dusza codziennie prosi tak:
Ogrzej mnie
wierszyku pełen cudowności,
wspólniku mojej bezsenności
ogrzej, ogrzej mnie!
Rozżarz mnie
niedokończona zdań wymiano,
cudowna kłótnio, w pół urwana
rozżarz, rozżarz mnie!

Na razie zmagazynować cokolwiek w magazynsłow przy 38.3..
..nie pisze mi się nic, nie składa się w myśli , nie kwitnie mi pod palcami.
uff.
Give me fever ? hmm

niedziela, 16 marca 2008

tertio

i oto trwają : wiara, nadzieja i internet
a z nich największy jest internet.
Przed kliknięciem w link zmów modlitwę:

Nieufności naszej powszedniej daj nam, Panie .

bez_senna ?

bezsenność w wa.

na parapecie okna mieszkają żółte cienie latarni
pod powiekami obrazy wznoszą się jak światła przejeżdżających samochodów .
Pada. Staccato kropli o szyby układa mi się w jednostajną frazę.

Godziny rozmowy zamieniłam w niezręczne wersy :
niech dźwięczą po klawiaturze echem moich palców.

Brakuje mi odwagi do wypowiedzenia jednego prostego zdania
: chcę_cię_poznać.

W ciemności pokoju strachem zielenieją mi oczy.

z trasy

J., lat 16.5 : ` fajnie byłoby dostać Oskara tak w`ogule, no nie ? `

Cóż, JA przyznaję dwa : za stylistykę i zawartość merytoryczną.
Kto da więcej ?

nie-nowy dziennik budowy

archiwalnie..
13.12.07. czwartkowo.

Lubię te moje wielkie budowy.. ogromne, jak Dworzec Centralny, mnóstwo problemów, które czekają na rozwiązanie, skupienie, wielopoziomowa koordynacja.
Lubię te momenty małego cudu, kiedy zaczynam dopiero myśleć o nowym temacie, cos powstaje z godzin rozmów, kiełkuje gdzieś pod powiekami, układa się z tyłu głowy, szkicuje podczas jazdy samochodem i stania w korkach. W myślach przebiegam wirtualne wnętrza, jeszcze ich nie ma, nawet na papierze, a już chwytam za klamki nieistniejących drzwi.. Dalej - wystarczy odrobina dobrej woli , szczypta zrozumienia po obu stronach, godziny pracy, tusz w drukarce, krew pot i łzy projektanta, worek pieniędzy inwestora - i nagle zamiast dziury w ziemi już jest miejsce, gdzie ludzie zaczynają żyć, kochać się, pracować, jeść, rozmawiać, spać. Rysunki stały się ciałem.
Kolejne miejsce, oddaliśmy miastu kawałek przestrzeni, zapełniliśmy następną pierzeję, przywróciliśmy
miejscu wartość. Po tylu latach, nadal przepisuję sobie te receptę. Receptę na architekturę.
Dziś od rana jedna z tych wielkich budów moich.. O 7.30 słońce już świeci, w powietrzu nawet cos jakby mróz.. Uzmysławiam sobie, że dawno nie widziałam słońca..
Z ostatniego pietra biurowca widać aż Gdańsk , nie wiedziałam ,że mają taki
widok ! Połyskliwe morze, port, stocznie, kawałek zatoki. Rdzawe, poranne słonce liże ogromne przeszklenia...
Budowa pełna facetów, jak
zwykle - drobna kobieta w kasku, brnąca po kostki w błocie to miły dla nich przerywnik. Uśmiechy, komentarze, dzieńdobry-dzieńdobry. Pierwsze, drugie ,czwarte- przebiegam lekko kolejne pietra. Jeszcze nie ma windy.
Gdzieś po drodze mijam
pracujących gipsiarzy - jeden z nich cały w pyle – „…gdzie masz maskę ?”, pytam . Za pierwszą wyszpachlowaną płytą pójdzie następna, po niej kolejna, wprowadzą się ludzie, włączą komputery a ty zostaniesz z gipsową śmiercią w płucach . „Włóż maskę, człowieku… !!”

(…) Pod niebem pełnym cudów
nieruchomieję z nudów
właśnie pod takim niebem
wciąż nie wiem czego nie wiem
światło z kolejnym świtem
ciągle nazywam życiem
które spokojnie toczy,
swą nieuchronność nocy
[ 1,2,3 ]


piątek, 14 marca 2008

niecud

jeżeli spontaniczna to rzecz
i jeżeli oczywista to rzecz
i jeżeli naturalna to rzecz...[ Edward Stachura ]
to..
idźże spać, kobieto ![ alejadrzew ]

czwartek, 13 marca 2008

lotniska

chwila z grudnia. muszę ją sobie przypomnieć. Znów jestem tam , czekam, mam chwilę dla siebie, której tak bardzo mi teraz brak. Kiedy znów skupię myśli, kiedy znów zabrzmi dla mnie `passengers flight number 9655 to Vancouver please proceed to the gate.. ` ?

zawracam :

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

18.12 – 19.12 GDAŃSK –KOPENHAGA - LONDYN – KOPENHAGA-GDAŃSK

Lot Gdańsk – Kopenhaga, wtorkowy wieczór. W hallu odlotów kłębi się tłum Polaków lecących WIZZAIREM na London Luton.

Oglądam twarze nowego pokolenia naszej emigracji zarobkowej... Przyglądam się tłocznej kolejce, z tobołkami , siatami, całym ich dobytkiem, walczę z niechęcią, staram się odnaleźć w sobie miłość bliźniego, kiedy widzę te twarze, te bagaże, ten sznyt , słyszę ten język. Wyobraźnia znów układa mi scenariusze, nastraja na niedobre fale.. Walczę z sobą, otoczona przez bylejakość, tandetne stroje, źle ufarbowane włosy, brudne buty, zepsute zęby, proste, bezpardonowe chamstwo, wszechpolaków, antysemityzm i hucpę… Kto szybciej, kto głośniej, kto dalej, kto mocniej.. ogarnia mnie wstyd nad własnym snobizmem, czuję się jednocześnie niesprawiedliwa, samotna i pełna obrzydzenia..

Na szczęście dla mojego sumienia - po odprawie przysiada się do mnie kobieta w średnim wieku, o zniszczonej twarzy i spracowanych rękach. Wybiera sobie akurat mnie z gromady czekających podróżnych i opowiada z przejęciem krótką historię swojego życia. Że ona jedzie, że na Święta, że oni czekają, że dom pod zastaw, że szczęśliwa, a nie tu samotna, że wreszcie, że z nimi, że nowe, że nadzieja, że jak to będzie, pani, na tych lotniskach, że strach, . Uspakajam ją i słucham tych zwierzeń, widzę , że musi je gdzieś wyrzucić, życzę wesołych świat, z ulgą odkrywam w sobie znów pokłady empatii. Fuj, ty wstrętna snobko – kto ci dał prawo oceniania ? Brzydzę się sobą, bardziej niż brudnymi paznokciami mojej rozmówczyni.

Kolejne lotnisko, kolejne oczekiwanie, bramka, kontrola, znów czekanie. W Kopenhadze jestem późnym wieczorem, nocą prawie, znów czekam na samolot do Londynu. W całym tym zwariowanym dniu pracy zapomniałam zjeść, i czuję powoli narastającą falę mdłości. Nie mam czasu na dłuższe spacery w poszukiwaniu miłego miejsca na posiłek, za chwilę kolejny boarding, więc kupuję w `Seven –Eleven` kawałek letniej pizzy, i wmuszam ją w siebie , świadoma, że w Londynie w hotelu będzie już za późno na kolację. Sama siebie zadziwiam wyborem – biorę nawet jakieś piwo, którego nie lubię i co gorsza – piję je z butelki ! Gdzie moje niezłomne zasady, według których dama nigdy, przenigdy NIE pije z butelki ?! Wydaje się, że jest to chyba jakaś inicjacja tego stylu dla mnie, całkiem mi jednak obca.. Chyba jestem już bardzo zmęczona. Jestem tez jakaś otępiała, nie mogę nawet czytać, wydaje mi się, że zabrałam nudne lektury. Zamiast tego wole obserwować podróżnych, układać w głowie różne historie, wyobrażać sobie , gdzie jadą i co ich prowadzi. Przypomina mi się ` To właśnie miłość`, i znów uśmiecham się na wspomnienie tego cudownego filmu. :))

W kolejce ze mną gromada Nowych Rosjan, oni tez do Londynu. Kobiety poubierane w sposób, rzekłabym – wizualnie niewiarygodny, a może powinnam powiedzieć .. ..poprzebierane ? Na wszystkich możliwych przywieszkach krzyczą nazwy domów mody : Dolce&Gabbana, Versace, Chanel, Dior.. Szacuję ,że ilość złota , które mają na sobie ma wartość długu narodowego średniej wielkości państwa afrykańskiego.. Odwracam głowę, dosyć na dziś. Chcę już do łóżka, czuję się samotna i padam ze zmęczenia.

Hotel przy lotnisku wielki i przypadkowy, w recepcji obsługuje mnie miła dziewczyna, której akcent od razu zdradza bliskie pokrewieństwo z Nadwiślańską Syrenką – Anna. Anna przez solidarność z rodaczką daje mi lepszy pokój, z podwójnym łóżkiem i po remoncie; zapadam po północy w niespokojny sen, zmęczona i spięta, budzona co chwila odgłosami powracających na moje piętro spóźnionych gości.. Szumi klimatyzacja, czuję zapach kurzu, prześcieradła są szorstkie, dzwoni mój telefon, chyba z polski, który ignoruję..

Poranek i przedpołudnie na Heathrow.. Czekam na spóźniony lot z Vancouver, śniadanie jem na terminalu - bezkofeinowa latte i słodkie ciastko rodzynkowe, które zawsze kupuję na wszystkich lotniskach – substytut drożdżówki i synonim podróży.. Czekam, czekam, czekam.

Na sąsiedniej ławce w hali przylotów moją uwagę przyciąga niecodzienne trio : dwie kobiety w średnim wieku, mają ogolone do skóry głowy, ubrane są w.. habity mnichów buddyjskich, jakiś zakon, wyznawcy Kriszny ? ( niee, oni na pomarańczowo..! ), Ciemny, skromny, czekoladowy Kolor habitów, , na nogach sandały, grube wełniane skarpety. Siedzi z nimi zaniedbany mężczyzna, rozmawiają w cockney-English, gestykulują, wartka gwara, staram się nie podsłuchiwać.. .. Mężczyzna, nie przestając mówić wyjmuje z siatki TESCO cały lunch w plastikowym pudełku: ryż, rybę, pomidory, sos, ciastka; ogolone mniszki parzą herbatę.. Jestem zaskoczona, taki obraz konsumpcji poza wyznaczonymi miejscami znam tylko z Europy Środkowej, z naszego poletka.. Jedna z mniszek łapie mój pytający wzrok, uśmiecha się do mnie lekko, piją herbatę z termosu, rozmawiają.. Czy to współczesne „Śniadanie na trawie” ..?

Parę kaw, pól litra wody , lunch z Córką i kilka euro wydanych w bezcłowym sklepie później .. wracamy do Kopenhagi. Tym razem miejsce w klasie biznes, co daje mi szanse na darmowe drinki.. białe wino w nieograniczonych ilościach ułatwia konwersację z przystojnym Norwegiem w średnim wieku obok. Wychylając kolejne szklaneczki rozmawiamy o życiu, Tu i Tam, o Stanach Zjednoczonych , gdzie jego córki, o biznesie paliwowym , o tym, że na Broadwayu ludzie nie chodzą do teatru w smokingach, o względności rzeczy, o upadku obyczajów, i o tym że w Krakowie są klimatyczne knajpki, Polska ma cud gospodarczy a Norwegia rozbudowaną opiekę społeczną .. W porę przypominam sobie, że w Gdańsku zostawiłam samochód na lotnisku i alkoholizowanie się winem nie jest wskazane, jeśli chce się jeszcze dziś prowadzić.. Żegnamy się serdecznie, Merry Xmas, take care, Kopenhaga, szybka zmiana samolotu, drzemka.. jestem w Gdańsku..

Jutro kolejny dzień, praca do piątku, wigilia firmowa, jak mantrę powtarzam : `idąświęta-idąswietai-dąświęta`…

(…)
DZISIAJ = urlop,tego mi trzeba -
daleko_gdziekolwiek_byle_poza_polska_i_zasiegiem_sieci_orange_gsm

.kolory...jeden z...

Kolor nadziei

Długi , ciemny korytarz przychodni. Rzędy jednakowych drzwi, na podłodze wytarta, spękana terakota. Zakratowane, brudne szyby pierwszego piętra wychodziły na cieniste od kasztanów podwórze, pod łuszczącym się z farby murem jakieś pojemniki na odpady medyczne, śmieci. Na ścianie Instytutu koślawy napis : LECHIA PANY.
Siedziała na parapecie szerokiego okna, bezmyślnie bujając na czubku palców zsuwający się sandałek. Nie chciało jej się schylić, żeby zapiąć pasek.. But zsuwał się za czwartym, nie - trzecim wymachem stopy.. Raz, dwa, trzy - lekki ruch polakierowanych na czerwono paznokci u stóp w górę i ..znów wracał na swoje miejsce.. Ta pozornie bezmyślna czynność koiła ją jakoś, zajmowała myśli, odrealniała fakt, że siedzi , tu i teraz i czeka.. Czeka.
W powietrzu wirował kurz, spotęgowany przez niemiłosierny wręcz upał. Zamknięte na stałe okna nie dawały szansy na choćby podmuch świeżego powietrza. Między brudnymi szybami leżały uwięzione jak w bursztynie ciałka os i much, zasuszone skrzydełka, zmumifikowane małe trupki.. Przycisnęła nos do szyby, w nozdrzach wiercił ją zapach kurzu i środków dezynfekcyjnych, mdły odór lizolu . Z góry widziała wyraźnie jak dwie tęgie kobiety, w fartuchach salowych chowają się za węgłem, ćmiąc popołudniowego papierosa, cos sobie opowiadają, śmieją się. Przy śmietniku gromadka burych, szpitalnych kotów dzieliła się resztkami. Pierwsze, czerwcowe takty lata.
Mój Boże, jakże to wszystko się stało ? Kiedy to moje wygodne, tak rozsądnie ułożone życie zaczęło wymykać mi się spod kontroli, zupełnie jak samochód na górskiej szosie, w którym nagle puściły hamulce, i teraz już tylko szaleńczo nabiera rozpędu, aż do chwili gdy spadnie w przepaść i stanie w płomieniach ?
Letnia sukienka w żółte słoneczniki lepiła się do pleców, strużka potu wypływała zza ucha, po szyi, wpadała w zagłębienie między piersiami, ramiączko sukienki wpijało się nieprzyjemnie w ciało. Ze zniecierpliwieniem odgarnęła z czoła kosmyk wilgotnych włosów. Chciało jej się pic, ale dystrybutor wody na korytarzu był już chyba od lat pusty. Na górnej wardze czuła cierpki smak soli. I strachu.
Jeśli to okaże się prawdą, już nigdy nie włożę tego koloru.. Żółte słoneczniki.. Jaki jest kolor rozpaczy ? A samotności ? A jaki kolor ma nadzieja ?
Przypomniała sobie, gdzie kupiła tę sukienkę i jaka była szczęśliwa, idąc ulicą, z nową kiecką w torbie, wyobrażając sobie wszystkie te nadchodzące okazje, kiedy ją włoży.. Inicjacja lata, beztroska, smak waniliowych lodów i schłodzonego białego wina, długie letnie wieczory, plany..
Gdzieś daleko na korytarzu trzasnęły drzwi, przejechał metalowy wózek z lekami, piętro wyżej chodaki lekarza dyżurnego głucho stukały w terakotową posadzkę. Dlaczego wszyscy lekarze tego świata noszą te okropne chodaki ? Czy to jakiś dress-code, określający przynależność do świata wtajemniczonych ? Wtajemniczonych - w co ? W cierpienie, lęk, ból, brak nadziei ? Czy tylko wygoda, ukłon w stronę higieny, w tych mało higienicznych okolicznościach ? Jakiekolwiek nie byłyby to powody, na pewno nie należy do nich dbałość o uszy pacjentów..
Puk, puk.. Czy dobre myśli mają dziś u mnie wychodne? Wracajcie, wracajcie, nie schodźcie jeszcze z dyżuru.. Niech jeszcze na języku zostanie mi smak waniliowych lodów, niech zaszumi w palcach białe wino, niech jeszcze zakwitną słoneczniki na letniej sukience..
Na dźwięk swojego nazwiska zeskoczyła z parapetu, odpięty sandałek zsunął się ze stopy. `Pani … ? Wynik jest negatywny. Tak, na pewno. Tak. Tak. Proszę uważać na siebie. Tak, do widzenia.`
Mocno pchnęła szerokie, przeszklone drzwi, w rżniętych szybkach zamigotało popołudniowe słońce.. Na zakurzonym podwórzu koty ciągle ucztowały, salowe skończyły papierosa.. Jak głośno zrobiło się nagle w jej świecie.
Nadziejo, zielonooka sprawczyni, alfo omego - nie opuściłaś mnie w tym dusznym korytarzu do piekła..

(…)

Gdynia, 24.12.2007

przed_świątecznie ?

.. podobno już-tuż święta.. Nieubłagany kalendarz popycha mnie do tej daty.
archiwalnie wspominam przed_świąteczny grudzień :
Czy już-tuż-tuż będzie za chwilę tak samo ?

20.12.07
przedświątecznie

Nad miastem wstaje mroźny, czwartkowy świt, w domu bałagan, potykam się o nierozpakowane z wczoraj rzeczy.. Perfekcjonizm i umiłowanie porządku walczą we mnie o lepsze z punktualnością – i co wygrywa, no co ..? Po 24 godzinach w podróży i czterech lotach nad Europą jestem jak przekręcona przez magiel, piasek pod powiekami, głowa jak z waty. Wstaję, czując, że chciałabym się znów położyć. Budzikom śmierć ! Kawa, make-up, pantofle, dokumenty, laptop..
W różowy termiczny kubek ze STAIRBUCKS`a wlewam sobie kawę na drogę, przekręcam kluczyk w stacyjce – do roboty, leniu !
O 7.30 jestem już w W. na nadzorze. Przebiegam lśniące, wypucowane wnętrza, odbieram pracę wykonawców , po pustych o tej porze marmurach banku stukają moje obcasy. Próbuję spokojnie wysłuchać utyskiwań inwestora, że termin, że stolarz nie przyjechał, że lampy nie świecą, że nie tak, że oni nie wiedzieli, że inaczej sobie coś tam wyobrażali.
Litania-naganna wciska mi się w uszy, oczy widzą dobrze wykonaną robotę, właściwie wydane pieniądze, spełnienie oczekiwań , realizację cudzych marzeń. Czy tylko ja cierpię na rozdwojenie jaźni, czy może inni tak skrzętnie ukrywają przede mną swoje prawdziwe intencje ?
Przed oczami staje mi pierwsza wizyta u nich, gdzieś w marcu chyba.. Ciasne korytarze, jarzeniówki u sufitu, wytarta wykładzina, meble rodem z PRL- u, stęchły zapach fajek na poddaszu. . Dziś doświadczam , jak pięknie układa się tu światło, jak harmonijnie dobrane kolory i materiały już za chwile będą towarzyszyć ludziom w pracy, ile miejsca wyciągnęliśmy z tych klitek, widzę inną jakość.. Czy jestem tylko ślepa czy aż zadufana ?
Zaliczam kolejnego kopa, już odpuszczam fakturowanie w tym roku, w myślach z godnością żegnam się premią,`Wesołych Świąt, Pani Inżynier.. !`W drodze powrotnej do Sopotu odbieram kilka trudnych telefonów, wpadam na chwile do firmy, boleśnie świadoma, że dzisiejszy dzień nie będzie dla mnie dniem przedświątecznego oddechu...
Tu potrzeba plastra, to TY go przyklej, przecież to TY kierujesz tymi projektami… !
Co roku, od lat, w ten przedświąteczny czas powtarza się ten sam scenariusz - dlaczego więc ciągle się temu dziwię ? Co roku natłok spraw czeka na rozstrzygnięcie tu i teraz, natychmiast, nieodzownie, bez zwlekania, bez ociągania... Co roku pięć minut przed północą jestem szarpana narcystycznymi żądaniami kolejnych Wielkich Prezesów, po zaprojektowanych przez nas schodach nikt nie zniesie mi naręcza prezentów .. Naręcza ?! Czyż nie mówiłam, że wystarczyłoby mi dobre słowo, w ten przedświąteczny czas ?
W radiu do obrzydzenia `Last Christmas` Georga Michaela na zmianę z nachalnymi reklamami jedynych, niepowtarzalnych, przedświątecznych okazji i ofert.. Czy te promocje się łączą ?? Jeszcze chwila, jeszcze raz usłyszę Jingle Bells – a zrzygam się, zwariuję, jak słowo.. Wrzucam do playera Gotan Project , płyną w powietrzu kojące dźwięki, nuty, frazy, leci w przestrzeń Buddha Bar, Hotel Costes, Evora, podkręcam głośniej, jeszcze kilka przecznic, mogę się zrelaksować, spokój.
Konferując przez telefon z kolejnymi Prezesami zaciskam mocno palce na kierownicy, aż bieleją mi kostki… Próbuję głębiej odetchnąć, rozpaczliwie przypominam sobie ćwiczenia oddechowe z zajęć jogi – jak to szło, kurwa, jak to było ..? Wdech - wydech - wdech.. Spokojnie..
Przez cały dzień leczę wyimaginowane bolączki inwestycji, poprawiam, prostuję, tłumaczę, koryguję, dzwonię, zamawiam, odmawiam, odkręcam, zmieniam kolor, technologię, rozwiązania, weryfikuję specyfikacje, uspakajam, czytam na głos ich własne zamówienia, poczytaj mi, mamo, poczytaj.. Obca jak Anglik w Nowym Jorku robię za tłumacza ich własnych marzeń.. Czy jestem roznosicielem waszych snów, kto mi dał tę magiczną różdżkę ..? Czy sama ją sobie przydzieliłam ?
Na kolejnym spotkaniu znów zachowuję olimpijski spokój – pokerowa twarz, profesjonalny uśmiech, kojący głos, rozwiązanie gotowe tu i teraz, jak z rękawa wysypują mi się kolejne pomysły – jak zaradzić, jak zmienić, co przeprojektować. Włączam wyobraźnię na piąty bieg - kiedy wrzucę wsteczny ? Zamiast tego kombinuję na miejscu, z palca, nie patrzę w projekt, lecę z pamięci, z czucia.. Tymczasem w głowie przebiegają mi tabuny koni, strzelają pioruny, pęka ziemia, wylewają się wulkany. Tymczasem miedzy uszami słyszę mój własny krzyk, pod powiekami pali i szczypie, gorzkie łzy drapią w gardle..
Dosyć, dosyć na dzisiaj, na wczoraj, dosyć na ten rok.. Dosyć na to jedno życie, ja już nie mogę, już nie…
Za Baczyńskim powtarzam :

„(…) A mnie przecież zdrój rzeźbił chyży,
Wyhuśtała mnie chmur kołyska. (…”)

[ 22.12.]
Zostawiam auto na parkingu przy szpitalu i schodzę w dół klifu, w kierunku morza, nigdy jeszcze tu nie byłam, nieoczekiwanie w środku miasta odkrywam nowe miejsca, jak cudownie ! Wokół mnie bezlistny jar bukowego lasu, ktoś spaceruje z czekoladowym labradorem , miedzy drzewami miga mi czerwona czapka przechodnia – jedyny kolor w tej szarości, w tej zimowej aurze. Nie schodzę na plażę, siadam na korzeniach drzewa, wysoko, wysoko na szczycie klifu, pode mną, zza łysych gałęzi drzew widzę plażę, spacerują po niej ludzie.. Szczeka pies.
Morze jest dziś bardzo spokojne, zachodnie światło muska fale, jest cicho, cichutko.. Nie słychać mew. Za chwile zajdzie słońce, czuję, jak bardzo jest zimno. Otulam się szczelnie płaszczem, poprawiam rękawiczki, siedzę na skarpie aż do zdrętwienia wszystkich kończyn.. Nagle pod powiekami układają mi się te wszystkie obrazy, które straciłam, które zabrał mi stres , odzyskuję je na nowo, wracają mi kolory, kształty, faktury, łapię oddech… Żyję.

(…) Nikt nikogo nie broni
i nikogo nie karze
wszystko można zastąpić,
niczego nie można powtarzać -
powietrza, które nas dzieli,
płytkiego oddechu nadziei,
lęku przed sobą i jeszcze
siebie samego i wreszcie..

.. całej serii pomyłek.
jeśli jesteś kim dotąd nie byłeś
teraz nie musisz tłumaczyć
czego nie myślisz można zobaczyć...


I tak warto żyć..

Gdynia. 20/22.12.07